2017-01-14-19-50-36-1

Objawia się entropią
efemerydą szaleństwa
spowita w obłoki
nadchodzi fanatycznym 
tchnieniem

w krótkich interwałach czasu
w cyklicznych odstępach
jego postać humanoidalna

Dozą czarnej materii
kształtuje slogany
w genetycznych uchybieniach tkanek
i przemierza przestrzeń
zapisując credo na tablicach z kamienia
składowanych w kolebce istnienia
wykonanej według sferycznego wzorca

Upływ czasu
rozszczepia pryzmatem światła i ciemności
podwieszonym
pod sklepieniem odwiecznego milczenia
jakby nie miał chęci
na dalsze rozmnażanie słowa
w ulepszonej wersji

Zwiastując oczywisty koniec tego świata
wybacza
choć nie umie wybaczyć
sięgając do przyszłych pokoleń
falami potopu

Kiedy boli mnie ząb
to wiem że nie boli mnie śmierć
a jedynie życie
spięte błyskawicznym zameczkiem różańca
i kolczastym drutem
z cierniowej korony Chrystusa

wybaczam gdy sięgam i ja
do przyszłych pokoleń

by pozbyć się zęba
czuję ich męczarnie

To nie obowiązek utkany ze śmierci
napawa mnie lękiem
gdy podążam w bezszelestny sposób
tropami astralnego zabójcy

Bym domknął powieki
granicą absurdu
niebawem załamie mi czas
a potem i przestrzeń
by wyczerpać mój limit na szczęście

Równoległym tętnem któregoś z zaświatów
zamieni mi życie
w kolejny przywilej cierpienia

Uniwersum uwolni mnie znów z bezbożnego łona
i z martwych powstanę
jako mięsożerny kawałek kosmicznej substancji
z zaprogramowanym instynktem działania
na przyszłość
z orientacją na sukces po trupach 

Mój Demiurg zwycięzca
określi raz jeszcze
sekwencją milczenia
i żeńskim pierwiastkiem miłości
i smutku
mój ból jako radość życia

strach