A kiedy mi przyjdzie moją chorą głowę
złożyć w szczerych polach na polnym kamieniu
i będę miał w chmurach posłanie gotowe
gdy życie miał będę na swoim sumieniu

I kiedy już z własnym rozstanę się światem
czym pewnie niepokój czyn mój w Bogach wzbudzi
to wówczas swobodny zakrzyknę że chciałem
z pogardy dla życia z miłości do ludzi

A gdy stanę w końcu na światła krawędzi
i ręka mnie skarci Boża sprawiedliwa
to Jemu wykrzyknę z kolei by pędził
jak jesteś wkurzony to napij się piwa

I widzę jak patrzy wąs z piany ociera
i dłonią ojcowską po brodzie mnie klepie
no powiedz co zrobić mam byś nie umierał
by było ci cieplej już było ci lepiej

A zatem usiedliśmy obaj przy flaszce
a On niecierpliwie spowiedzi mej czeka
przy swoim kielichu spowity był w łasce
mózg sobie utrudził by zbawić człowieka

Zawieszony w próżni pędzę wieczne chwile
bo taką za karę zadali mi mękę
za to że nie chciałem być płonnym motylem
że łasy nie byłem na Bożą podziękę

Nie zdałem rachunku ze swego istnienia
i z życiem się tłukłem nad siły zuchwale
że nie raz cierpiałem właśnie z przemodlenia
że z diabłem nie piję i z Bogiem nie palę

I że nie zbrukałem ludzkiego plemienia
i nie spożywałem bezbronnego mięsa
On przemówił do mnie tonem oburzenia
ja również nie wziąłem do ust ani kęsa

I czuję że motyw zwierzyny odrzuca
i pewnie na słowo uwierzyć mu muszę
że nigdy ludzkiego nie czepiał się mięsa
nie kąsał jedynie wysysa z nas dusze