Pont Rean. Bretania. Urokliwy zakątek wszechświata darzy mnie swoją sympatią spokojnej mieściny i powoli, staje się moim nowym domem. Z poprzedniego właśnie wywala mnie żona. Wyprasza mnie z bycia bo jestem ułomny. Umysłowo chromy na posłuszne życie. Bo wydaje się jej, że poprzez te następne lata, będzie warta coś więcej, niż przez wszystkie te, spędzone wraz ze mną, że beze mnie przemieni się nagle w bezprzykładny ład istota jej życia.
         A jednak to wszystko co było w niej piękne i dobre wprowadzam na zawsze do mojej pamięci. Bo tak ze mną jest i jak móglbym teraz postąpić inaczej, skoro mój skupiony od dzieciństwa mózg, to przestronne muzeum mojej wyobraźni. Ekspozycja zdarzeń. To kolekcja ludzi, których chcę ocalić wnikliwą pamięcią od logicznej śmierci i ona na stałe bezsprzecznie w niej jest. Będzie trwać jako cząstka mnie, wrośnięta głęboko w każdą moją tkankę po sromotny kres, po granice kruchego rozsądku, po gruntowne zasieki ludzkiego istnienia i choć wytapetowana pożółkłymi kolorami spadających jak nieszczęścia liści, nie pozwolę bym zatracił na zawsze ją w sobie, bo nie stać mnie na to, aby dać się wciągnąć w tę spiralę zła, jaką zechce zapewne zgotować mi przyszłość. Dziwna jest ta jesień. Tak tragiczna ale za to wspominaniem ciepła, razem z nią zagubiona w milczeniu, razem ze mną otulona smutkiem.
         Myślę o niej z doniosłym uporem a moje myślenie jest rzeczą bezwzględną.  Tak samo bezwzględną, jak wszystkie kobiety które mnie zdradzały. Próbując mnie kochać, niszczyły to moje niespożyte ja, właśnie wówczas kiedy dla nich otwierałem się, stawałem się sobą. Widzę opar ułożony z twarzy, z delikatnych, eterycznych i przewrotnych ciał, które bez wyjątku w eklektyczny sposób wyparły się mnie. Chciałbym zrzucić je wszystkie na kark niepamięci ale tego nie potrafię właśnie. Próbuję jedynie rozrzedzić wspomnienia. Uzbrojony w pamięć dotykam je wszystkie czułymi myślami. Rozgrzeszam je w sobie. Zapytuję o to czy jestem tak zły, czy może posiadam jakąś nikłą szansę, jakieś święte prawo, chociażby przez chwilę poczuć się skrzywdzony i czuję, że ona odczuwa tę marskość w miłości w identyczny sposób. I to nie jest dla mnie jakaś szara rozpacz, ani żadna złość, czy też inna konsekwencja czy pochodna życia, która we mnie brutalnie się wzbiera. To jest żal, to konwencjonalnie dławiące uczucie,  prymitywny ból, który ustawicznie drąży moje serce. To upadły anioł. Byt czysty, który ma głęboko w niebiańskim odwłoku, tę nadrzeczywistą, tę moją spartańską nic nie wartą dla nikogo wierność. Zrobię wiele aby ten bezsilny stan mojego umysłu nie przerodził się z czasem w zabójczą nienawiść i w sekretną próżnię. Przecież cały zatrzymałem się przy niej przed laty jak wryty chociaż mnie ta całość nie raz zabolała. Zatrzymałem się dla niej tak mężnie i pięknie, tak trwale z okresem dozgonnej gwarancji na wieczność a ona mnie tak, za pomocą skrzyni z narzędziami, a ja ciągle ją… przetwarzam w pamięci. Bo to dla niej po raz pierwszy w życiu, odebrałem sobie swoje boskie życie. Kurwa!!! Przecież cały świat pojedynczych słów ułożonych w najpiękniejsze zdania służące miłości nie może być taki aż do bólu zły, bo w ten oto newralgiczny sposób zaprzeczyłby przecież szlachetnym intencjom tak Stwórcy jak również człowieka. Słowo było pierwsze w epopei ludzkiego stworzenia i stało się mięsem do którego przesiedlił z rozkoszą się Bóg. Więc myślę, że była prawdziwie mięsistą istotą. I z kośći i z krwi. Całością sklejoną z elementów świata, która wypełniła po brzegi mi życie. Tak samo jak ja wypełniłem ją i wszystkich tych ludzi, których w swojej naiwnej płodności umysłu potrafiłem uduchowić tak samo jak On i następnie nienagannie kochać…
         Używając złotego stwierdzenia Mariana: „wyjebuje mnie właśnie z chałupy jak psa”. W swym popędzie ku zjawie konieczność, przeistacza naszą wspólnie zapisaną wieczność w swoją wolną wolę, z której chce nareszcie beztrosko skorzystać. Unicestwia jednym, zamaszystym i stanowczym ruchem swojego rozsądku, tę nadrzędną wartość, dominantę planety wyniszczoną przy pomocy „życzliwych” jej ludzi. Maniek trafnie twierdził, żę baby to chuje. I cóż z tego, kiedy Maniek jest już sztywnym Mańkiem, a ja swoją żywotną jednostką tęsknię za nią zajadle i tęsknię przestrzennie na szeroką skalę, na szesnastym kilometrze w drodze z Rennes ku Redon. I jadąc nie jadąc, kuśtykam przez życie, i pędząc nie pędząc przed siebie, kuleję. I mógłbym w obłędzie ciągnącej się drogi pomyśleć o złych posunięciach w życiu, i toczyć się dalej z tym moim rzetelnym rachunkiem sumienia, z tą moją tęsknotą tłuc się w tym kierunku aż po Saint Nazaire albo ciągnąc się z nią gdzieś po stokroć dalej. Gdyby tylko nie to… gdyby tylko nie to, że muszę się przełknąć, z odchłani ponownie wydobyć na świat a z drogi na brzeg, na skraj, na pobocze, na przeklęty i bezludny grunt, gdzie mógłbym coś uczknąć co nieco dla siebie, coś z życia uskubać samotnie na to dalsze życie. Nie targnąć się na nie świadomy, że przecież nie jestem w jej oczach realnym zjawiskiem ale złym człowiekiem, który umie jedynie bez większych sukcesów tulić się bez skutku do aspektów życia, bo nie jest na tyle zawzięty na życie, aby móc dostatnio zasłużyć się na nie. A literatura, a samo pisanie… to samopisanie, to wypowiadanie siebie swoim własnym życiem, swoją własną krwią, swoją własną jaźnią, to jest nazbyt mało aby inwestować w przyszłość z kimś takim jak ja. Z kimś, kto bardzo ciężko przeżywa życiowe procesy rozstania, upadki i kolejne zgony, i kto z wielkim, podkulonym trudem nawiązuje po nich nowe znajomości. Poezja to syf a samotność to jest idealne miejsce dla poety i myślę, że w takim zamkniętym kontekście myślenia, to ja właśnie uwalniam ją w końcu od siebie. A może na odwrót? Zwyczajnie pracując łokciami dopycham się do niej. Próbuję pogodzić się z tym co się stało. Przeklinam tę moją poezję i życie, które nam obojgu ciążyły tak bardzo na życiu. Jak w ogień wyrzucam je z siebie… Obrzucam je klątwą i może spętany nieludzką ochotą, podekscytowany projekcją rozsądku, urojonym szczęściem, dopiero tym razem rozpocznę dla niej dynamicznie żyć. Tego właśnie nie próbuję zgłębić ale chciałbym wierzyć uporczywie w to, że na dobre życie nigdy nie jest dla nikogo późno.
         Przyzwyczajam się do tej dziwnej myśli, że już nas nie będzie. Przywykam tak samo smętnie i niezdarnie, jak przez długie lata oswajałem się z myślą o tragicznej śmierci. Dopuszczam do siebie bez buntu tę plotkę, że coś się skończyło, że coś się zerwało, dojrzałe w ciepłych liniach słońca służących do życia. Myśl o tym nieszczęściu – bo to jest nieszczęście, że coś traci swoją ciągłość trwania – zabija mnie zawsze na nowo i zawsze w ten sam, beznamiętny sposób. Nie dostrzegam przy tym żadnych konsekwencji tego mordowania. Ani w jej ani w moim przypadku. I nie widzę w nim również tej alternatywy, na tę bliższą i na dalszą przyszłość dla każdego z nas. Pytam zatem po co było przysposabiać sobie takiego kulasa?. Z kiepskim skutkiem próbuję ogarnąć nową rzeczywistość, znieść tę sytuację w której żrą mnie odwieczne przeżycia karmiące depresję z którą tak wytrwale uczyłem się żyć. Poniewieram swoje posiniałe zwłoki i stygnąc potykam się o własne, przebrzmiałe nazwisko, i powtarzam po cichu: „o Boże, żebym tylko umiał przestać za nią tęsknić”. Moje pierwsze ja, promieniuje do niej moimi myślami. To drugie rozmyśla o skreśleniu siebie z wielkiej listy życia. I rozważam tę przeklętą opcję, aby z dobrym skutkiem, porwać się na chłodno na zużyty schemat, wymazać go jakąś niedorzeczną gumką. Ta myśl mnie pogrąża ale ciągle żyję i napełniam życiem kolejne godziny. Ale wszystko co czas rodzi dookoła mnie jest statecznym fałszem i gnuśnym pozorem, bzdurną pozą i woła o pomstę do samego nieba. I czuję, że jestem piekielnie zdrożony tym wyciem o pomoc w przestworza. Że cierpię, że ból mnie przerasta jak korzenie glebę w pogoni za życiem gdy nastaje susza, kiedy życie staje się już ponad ich korzenne siły. Kiedy więdną wszelkie motywacje do dalszego trwania. Bo skoro tak źle. Bo skoro to życie nie umie napoić mnie sobą takim jakim jestem to jebał go pies – cytując Mariana. I jego, i wszystkich mu wiernych poetów. No bo jak mam poruszać się nadal przez zdradliwe noce i zdradliwe dnie, z dnia na dzień rozkładać ramiona, napinać buńczucznie muskuły, kiedy żyję w uporczywym i nieznośnym strachu, który mnie przerasta, i wpycha w samotność, która nie ma końca i po tej, i po tamtej stronie. I jak mam umierać, kiedy ciągle kocham. I jak mam opuścić jej świat w którym ciągle trwam. I jak mam zaprzeczyć istnieniu, które sam stworzyłem.
         Kto będzie pamiętał? Kto będzie cię kochał miła, kiedy w sercu umrę?

(fragment)