Ogarniałem takich którzy stali na torach
zalogowani w martwe oko pociągu
Nie raz…
Obejmowałem swoim wątłym ramieniem
człowieka skaczącego z mostu
Chwytałem go w locie
Zgarniałem tuż z nad lustra wody
w którym zdążył już przejrzeć całe swoje życie

A ty podejrzewasz mnie o mierne intencje… 

Zdarzało mi się pocieszać
błądzących w śmiertelnej zadumie
cichociemnych pijaków
Wszystko nocą…
A za dnia…
Wyciągałem z gówna tych
którzy mieli trzeźwy osąd aksjomatu Boga
i nie mogli pogodzić się z jego milczeniem

A ty mową wiązaną
zarzucasz mi to czego we mnie nie ma…

I zdarzało mi się opatrywać rany tych
którzy w zaćmieniu umysłu
otwierali arterie odchodząc od zmysłów
Ciekły estakady
świętego spokoju

A ty pytasz mnie o skutki a nie o przyczyny…

Czuwałem nad klinicznym snem
tej 
która wchłonęła chemiczną substancję
całą sobą utkwiona w żałobnej samotności jutra
I to były najdłuższe godziny
wyłuskane z życia

A ty uzurpujesz sobie prawo do cierpienia…

Żaden z nich nie był moim przyjacielem
ale traf lokował każdego w okolicach mnie
bo było mi do nich  po codziennej drodze
Jak jeden
stali  na poboczu z podniesioną maską
czekali na swoją okazję
A ja byłem pośpiesznym przejazdem
pojedynczym tchnieniem curriculum vitae
Sam jeden naprzeciw
jak styrana kurwa
i wszystkim musiałem im coś z siebie dać
A teraz i ja uchylam tę machę od starego rzęcha
dobijam i ja do nabrzeża zużytych wnętrzności
Przemieniam starania w samobójcze próby
refleksja dopala i mnie
Katharsis
Powoli opadam z dojrzałych emocji i z weny
Otwieram spękaną skorupę pojazdu
prześwietlam sam siebie przewietrzam na świat
Nagim okiem staję mu na przeciw
I choćbym wypatrzył obnażony wzrok
okolice są dla mnie bezwzględnym odludziem
ich pejzaż poraża mnie pustką
grzesznice dostępne są w nim na recepty
sto procent odpłatne
tylko słońce gratis ostro pali w dupę

A ty chcesz mnie uczyć życia
zamiast stać się dla mnie kobietą upadłą…

Przede mną wypiętrzają się kamienne piersi Ananke
pode mną podłoże z bitumu odparza mi stopy
Nawadniam organizm
Z dusznego powietrza wyłania się święty obrazek
od pierwszej komuni
Chwyta mnie za gardło
i pot wlewa mi się w oczy
Ze skalnej pieczary wydrążonej słowem
wyłazi Syn Boży upaprany po uszy
Z jarzma grzechu gramoli się jego Święta Matka
Poza jej plecami ślini się i człapie stetryczały Ziutek
Zjebani przez życie tak samo jak ja
idą mi na przeciw w pojednawczym geście
Ale to nie powód
abym miał spowiadać się ze swojego żywota

A ty chcesz mnie przepytywać z moich motywacji…

Wystarczy że one skwapliwie ankietują mnie
I to ma znaczenie
bo w ten prosty dla nas powtarzalny sposób
uniknęliśmy w trakcie wielu przeinaczeń i mylnych domysłów

A ty bierzesz mnie naiwnie za przeinaczenie…

Kiedy dopisze się ten wiersz
i pognębi mnie swoim upiorem – koszmarem
Nie zbuduję już żadnych relacji
jeśli będziesz taka…
Muzo Erato
wychowana w zaciszu niebiańskich ogrodów
Idąca poprzez złotomiodne rzepakowe pola
z dala od gościńców i z dala od ludzi
słodkim tropem kwitnących akacji
Postawiony przez wszechmogącego opiekuna twojego ogrodu
pod pręgierzem depresji i pod ścianą bólu
nie jestem mężczyzną – poetą
Emigrantem jestem z twojego Edenu
Opieram się o skalisty ornament moich niepowodzeń
Kulisy zmęczenia uwodzą mnie w wieczność za nos
i na pokuszenie
Rodzą obojętność… to znaczy stanowczą gotowość na zmiany
I w niej pogrążony przestaję się bać nadmiaru niebieskiej nicości
Z naprzeciwnej strony mego wizerunku
wyłania się resztką ogrodu dzieciństwa – żywa pamięć…
lśniący pokój babci
Stąd bierze początek genesis mojego nazwania
Lustrzanym podglądem na dziecięcy świat
ustawionym w rogu
miłość matki przelewa się przez lustrzane szkło
Swoim srebrnym wodospadem uczuć
z pomarłego syna leje się na wnuka
Uśmiecha się do mnie sepia fotografi
rozpostarta tą jego historią na oścież
Czuję martwy dotyk swojego imienia
Zespala nas obu wszechobecny polor oraz zapach pasty do podłogi
Pierzą się w nim niebotyczne sterty haftowanych poduch
i pomniejszych ozdobnych poduszek
Ciężarne narzuty spływają kwieciście z obszernych tapczanów
usztywnione krochmalem koronki firanek mienią się diamentami soli w porze popołudnia
A ścienne makaty ścielą się wzorzyście obwisłe frędzlami po ścianach
Buja się surowy element kołyski i zamknięta przeszłość
trwa dozgonnie po środku pokoju
W niej brodaci święci uprawiają modły w rytm ściennej harmonii zegara
Wiszą w starczych ramach pozłacanym rzędem
Zwisają pamiątki po nieznanych przodkach
Ryngraf z Częstochowską Matką i Królową
Sędziwy drzeworyt z karmiącą Madonną
Drewniana patera z motywem cierniowej korony Chrystusa
Na trzydrzwiowej szafie zdobnej w ornamenty
szmaragdowy wazon z bladym kwiatem róży przywołuje pamięć styczniowych powstańców datowaną na jego skorupie
Lwowianka Maryja zwilża moje oczy okrąża kolebkę
i spluwa po trzykroć poprzez lewe ramię
Odczynia w kierunku wahadła zegara
Bije jego dzwon na uroki psa
Podkarpadczyk Józef kończy właśnie ćwiartkę z czerwoną nalepką
na progu stolarni spija moje zdrowie zadzierając wąsa
Wiwatuje pierworodne zmartwychwstanie syna
Przygodna cyganka wróży przyszłość z moich zaciśniętych pięści
Przepowiada mi w życiu duchowną karierę
Widmo śmierci namaszcza mnie sobą od dziecka
Czarny kot przebiega mi drogę
Ten tragiczny zgon przyporządkowany mojemu imieniu

A ty oczekujesz abym wciąż i komuś tłumaczył się z moich wyborów…

Przecież dobrze wiem że po twojej stronie jest ten lepszy świat
wypełniony stężonym zapachem jaśminów
i twoją potrzebą kwitnienia
Gotowa na akty oddania
pełna rozpalonych lekkomyślnych myśli
otwarta na żądze i dzikie dewiacje oczekujesz na mnie
Ale wiem i to że w którą do ciebie nie ruszyłbym stronę
nie mogę zapomnieć o swoim imieniu
Przynoszę ci sobą jedynie swój pozór swój obłęd i znój
Grobowe milczenie i całe połacie pokryte bliznami
Niedopowiedzenie przydźwigam ci w duszy
i bezład przekazu złożę ci u stóp
Zdeprawuję niechcący twoje wiotkie zmysły
Gotowy na akty tworzenia poranię ci życie… i po co…
Nie wolno kaleczyć cię taką bezradną jak moja miłością… bowiem…
Wykarmiona ambrozją…
Cała jesteś pożądliwie piękna… a ja…
Cały jestem spisany szatańską kursywą na straty… zwulgaryzowany…
przeszyty dotkliwie tym wszystkim co we mnie umiera…
Oplata mnie ono jak ciernisty krzew owija się wokół jak kolczasty drut
Z torfowych pokładów mojej świadomości i z bajecznych akwareli twojego portretu wynikają wszystkie moje tobą pochłoniete myśli skojarzenia
i niewysłowienie wielkimi krokami idące w samotność
I gdzie bym nie spojrzał tam wszystko mnie boli
I gdzie bym  nie ruszył uwiera
Świat spala mnie twoją płomienną potęgą
Krwionośne naczynia wnet we mnie rozstrzępią się same
Tętnem tego życia
chłonę całą Ciebie
Wartą… póki jestem…
I słyszę twój krzyk… odchodząc… nie odchodź…
i widzę twój gest… przychodząc…nie znikaj…
i łowię cię w szeptach…zostając…od podstaw przemacaj mnie
swoim spieczonym językiem… wylizuj boleśnie mnie z moich słabości… rozkurczaj mnie w mojej niepewności jutra…   i słowem mnie…słowem dopieszczaj mnie… więcej…
Nie zważasz że późno na bzdury i nie czas na wiersze
Nasycasz mnie sobą w plenerze… szalona…
Nie baczysz na skutki… zadręczasz mnie sobą miłośnie…
I po cóż ci taki kochanek… Maleńka… Ten ja wyrwany dla ciebie z kontekstu…
Pomiędzy twoimi wersami – udami nie godzi pojednać się z życiem…
Więc pozwól mi sczeznąć poezjo…
Charyzmo miłości…