Subiektywizm określa nasze przeznaczenie
a czwarty wymiar
objawia się jako podstawa totalnego fałszu
Zakłamuje rzeczywistość…
Naiwne
kochane  praludy
toną w tych samych pytaniach
Tracąc oddech
odchodzą powoli w niepamięć
w dalekosiężne zapomnienie…
Dobrodusznie i prostolinijnie
z roku na rok
tik tak
zemdlone naiwnością
i zdemolowane
osuwają się po poręczy zegara
Jaka szkoda…

Za to karaluchy
okupują współczesność
i mają się świetnie
Szpecą się wybitnie
tak jakby ta Ziemia
była tylko dla nich
długa i szeroka
I wszędzie ich pełno i pełno
i nawet spod gruntu wyłażą
co rusz upierdliwce
i co krok
niegdysiejsi idioci…
Do rozpuku
chełpią się tym swoim przebrzmiałym istnieniem…
Współcześni natomiast swoją proweniencją…
Wybijają zęby podstępnie każdemu
od kogo poczują opar azotoksu
I – mają się każdej roboty
byle tylko ukręcić cokolwiek na boku
i krwiożercze myśli…
W dobrej komitywie
posiadają patent na sprawy bieżące
oraz na samotność – zapierdol od rana do nocy
i są krótkowzroczni do buló
I nie widzą ne-ga-ty-wnych zagrożeń
Jak to karaluchy
Ci najbardziej diaboliczni z nich
mają nawet swoje debilne zalety
dostrzegając że plusy
mogą być dodatnie
a nawet  ujemne o zgrozo
Imają szeroko
zakrojone plany
na najbliższą przyszłość
i czelność…
do dalszego trwania
Dalej nie sięgają przytępionym wzrokiem owada
Raczkują w pozycji na czuja
spolegliwie przywarci do obłędu władzy
i niewydarzeni
w uczynkach
w swojej mowie
czy też w zaniedbaniu
Wyczuwają jedynie
woń drukarskiej farby
nie znając wartości
prawdziwych klejnotów
Dzieł sztuki
istnienia
Jak to oni
z wąsami pełzając przy ziemi
katują kolejne pokolenia
podmiotów społecznych…
ich dzieci…
skazują na okaleczenia jaźni
i życie w cierpliwej udręce…
Rozmnażają się za to obleśnie skutecznie
w pośpiechu
bez żenady i bez ceregieli
Brudnymi łapami  lepią się do ziemi…
„Co za piękne Ojczyzno
będziesz miała potomstwo
urodzone i wychowane
na tym śmietniku
z matki okrytej wysypką
i beznosego ojca”
Składowani
w hermetycznych próbówkach
swoich gabinetów
metodą na gumę i sprężynę
od słoików Wecka
pasteryzowani
nie mają ochoty na prawdziwą miłość
służbę i braterstwo
stawiając na żądze
i na okrucieństwo…
i na urojenia…
Zlustrowani
bez skazy i grzechu
żyją bez wahania…
Niedomyci
ślinią się w niechlujnym przepychu
Wiecznie niedopici i niedojedzeni
łakną coraz bardziej
Lepią swoje kalekie królestwo
ze swojego kału
urzędując
w pojemnikach na śmiecie
W dozownikach na świeże powietrze
dopatrują się groźnego przełomu
i zdrady
Podlizują sobie chitynowe odwłoki
bo tak jest korzystniej
A w przeszłość
sięgają jedynie po zaległą pensję
bo tak im dostatniej
„Oto miniatura kraju
w którym wszystko dąży
do spodlenia
i wytępienia rasy
Jedni giną z niedostatku
Drudzy z rozpusty
Praca odejmuje sobie od ust
ażeby karmić niedołęgów
Miłosierdzie hoduje bezczelnych próżniaków
a ubóstwo
nie mogąc zdobyć się na sprzęty
otacza się wiecznie głodnymi dziećmi
których największą zaletą
jest wczesna śmierć
Tu nie poradzi jednostka z incjatywą
bo wszystko sprzysięgło się
ażeby ją spętać i zużyć
w pustej walce o nic…”
Może…
to porządek rzeczy
do przezwyciężenia…
Tego nie wiem…
Nie potrafię być
wyrachowany
Ale dla artystów
z pewnością to
bajka i pestka
A ja jednak pytam
co z resztą narodu…
Co z widzami życia…
Co z tymi
bez których nie sposób jest sobie
pokaraluchować
żerując… żerując…
na odchodach
swoich mocodawców…
Pytam… O ten los niewdzięczny
o nieprzenikniony
o nieprzemakalny atrybut sprawowania losu
o życie tych wszystkich
przebrzmiałych w bezsensie
spisanych przez niego
za wczasu na straty…
Sprzedanych
pod osłoną nocy…
Rozdanych
za grosze obietnic…
Wydanych
na pastwę
i na zniewolenie…
W ucisk…
w jawną uzurpację…
haniebnie…
prostacko…
tchórzliwie…
bezdusznie…
i bezosobowo…
Wiedzionych lichwiarsko poprzez nowe życie
na powrozie pożyczek
Zgonionych
w łańcuchach bankowych kredytów
do usranej śmierci…
Odpowiada… mi… na… to…
Poliretoryka i synantropijny
ich owadzi
bełkot
Destrukcyjne posiedzenia ob – rządków
uchwalają przerosty ich żądzy
nad możliwościami
To domena
łachudrów
oraz pasożytów…
Niszczą… Niszczą… Niszczą…
W bandyckim zapale…
bezkrytycznie denni
i bezdennie głupi
pławią się w godnościach
współczesnych monarchów
Zbożne banialuki na potrzeby
tłamszonego ludu
dbają o brak uzasadnień
do wszczynania buntu…
Zalecają nadstawiać policzki
czyli dawać dupy
wszędzie i każdemu…
i na poczekaniu
i na każdym kroku
Kukła na wysokim kiju
czuwa
osadzona na wysokim szczeblu
trzepocząc łapkami z gałganków
mlaszcze
sugeruje po cichu
przyzwala łaskawie
na dozgonne żebry…
Dominuje
zapach nieświeżego mięsa
mentalność padalców
i sprzedajność karłów i kastratów
Manekiny
w firmowych tużurkach
debatują gorliwie
nad poprawą losu…
umykają tchórzliwie
przed pojęciem sensu…
i kwestią sumienia
I zachwyca ich
ich wasalski splendor
i logika
swoich wypowiedzi
odczytanych z kartki
Każdy z nich ma swój osobisty
rejestrator wideo
i organ naczelny
do karania winnych…
Swój jedyny
nieomylny podgląd
na bieżące sprawy
i na rację stanu…
A ja mam kamerkę
osadzoną im wszystkim na wspak
w moim niepancernym
przejrzystym odbycie
Miękkie serce
otwarte na ludzi…
Eksponuję je
niczym kontrargument
sytuuję obiektywem do mojego
wrażliwego wnętrza
Patrzę… poprzez nie… spoglądam… spoglądam…
Sięgam w głębię uczuć…
Uświadamiam sobie dziecięcym
spojrzeniem
naglącą nas wszystkich
potrzebę miłości…
czyli…
obejmuję życie
widziane oczami ofiary…
Tą martwą źrenicą tych wszystkich przegranych
w jego majestacie…
To mój lek to alternatywa
na postepującą alienację wiernych
na odczłowieczanie
na ten liturgicznie zadawany cios
druzgoczący Adamowe żebra

na samotność
tę poniżej pasa
każdego z kolejnych
kalekich potomków istnienia
Ale ten mój ból…
jest przez szczere”ó”
zewsząd na persfazję
i na chłam zamknięte
do szczerego bólu
To mój trędowaty sztylet
wbity w rzeczywistość czasu
ujętą w okowy
pozbawione granic…
Panaceum na brak miłosierdzia
i współodczuwania
Detox na zgryzoty
i żylaki ludu…
Mroczne towarzystwo
o miedzianej barwie panów pederastów
ukalane w piegach nowej propagandy
przesiaduje kornie na swoich zydelkach
pod okiem wielkiego proroka
Przymrużywszy oko
blefuje że potrafi cokolwiek zrozumieć
i wysłuchać
wielkich przesłań
oraz wypowiedzi
Mnie dopada tymczasem
ekstremalny
smugą cienia
ciągnący się żal
Przywodzi mi na myśl chociażby te licznie
opuszczane psy
Doskwiera mi temat ich psiego istnienia
zaraża mnie chęcią krwawego odwetu…
za ich łatwą – wierność
zesłaną przez życie do lasu
z łańcuchem do drzewa
bez wody…
skreślonych na sucho
bez śladów emocji
bez oponowania
Co do innych stworzeń
posiadam podobnie wymowne
w tym względzie
dławiące uczucie miłości
I Ciebie wraz z nimi wszystkimi…
łącznie razem…
jest mi również żal
Ciebie”człowieku” mężczyzno
artysto
Uczciwie
Jedynie po ludzku
Tak jak ty nie zechciałbyś pewnie
tak po męsku
pożałować mnie
i tych „innych” wszystkich

którzy są bezsilni
i tak
umęczeni w kolejce
do Ciebie po to nowe życie…
Ponad to i ptaków
w niebiesiech na przestrzał
sunących ku tobie
mi żal
Wszystkich lotnych tych stworzeń
którym w tej swobodnej
nieświadomej chwili
w tej podniebnej ekspozycji życia
od nagłego huku
skrzydła w locie przełamią się z nagła
i serca im pękną
i opadną bezgłośnie
na Patenę Ziemi
jak okruchy z przełamanej Hostii
zaoranej bieżnikiem
bojowych rydwanów
pędem przeznaczenia…
I jeszcze co rusz
porywa mnie
niebotycznie Ciebie sięgający śmiech
moje rozbawienie i nieokiełznanie
aż po stratosferę twojego przedmiotu
Ten rechot mnie żre
żre mnie i bezboży
Daje do myślenia
nad
kwestią
naukowych odlotów naukowców
w domniemaną przyszłość
w którą rwą się… bałaganić… twą przestrzeń…
kosmosie
Dewastować pro ziemsko
twoje zakamary…

Rozpierdolić
Panu Bogu Budę…
Więc najbardziej Ciebie
z nas wszystkich
niepomiernie żałuję
Ty
Zdewastowany przez swój wynalazek
poeto – wędrowcze – artysto
Sam jeden
umierasz ponownie na oczach potomnych przechodniów
Ale jesteś ostatni na tej liście naiwnych
których jest mi żal
chociaż żal to nie jest właściwe dla Ciebie uczucie
Bo krew moja burzy się i płynie pod prąd
moje serce w niewytłumaczalny sposób
tłoczy ogień w tę przeciwną stronę
Na przekór
w kierunku
do ludzi
pod wiatr
planom twoim
pod ten prąd moje życie płonie…
Ta prawdziwa
moja rzeka… miłości… dla stworzeń…
A to przecież nie moja
lecz Twoja niby kontr – zasługa
nieomylny
Losie…

Onegdaj pędząc samochodem uśmierciłem jaskółkę. Niefortunnie roztrzaskałem ją o szybę mknącego w nieznane pojazdu. W tej ostatniej podróży po swojej Normandii – Ojczyźnie, rozprysła się biedna, uderzając w tę część po stronie kierowcy. Jej lotność potknęła się o ten nieprzewidywalny, ponadnormatywny, nieprzyjazny tręd. Nie zabrakło wiele maleństwu do szczęścia, A jednak… jakoś jej nie wyszedł ten swobodny lot… ten manewr przed siebie… w nieznane…
Zawróciłem natychmiast rozumując  naiwnie, że być  może mógłbym jeszcze dla niej cośkolwiek uczynić. A właściwie powodował mną przykry widok ptaka we wstecznych lusterkach, leżącego na drogowym pasie w swym oczekiwaniu na miażdżący przejazd kolejnego pojazdu. Przytrafiało mi się w życiu trzymać w dłoni ptaka… ale najdelikatniejszym w dotyku z tych podniebnych stworzeń, jest właśnie jaskółka. Najkruchsza w poczuciu bajecznej  kruchości, najdelikatniejsza w swej delikatności, najczulsza w czułości, najłamliwsza w swojej łamliwości, najzwiewniejsza w swoim uchodzeniu w przeszłość a skrzydła posiada jak wyrzut Boskiego sumienia, przymierze mieniące się tęczą pomimo, że przecież jej lotki tak nieznośnie czarne. I łebek przewieszony sypał się jak piasek poprzez moje palce. Zwisał kruczą nutą prawdziwej miłości, bezwładnym pierwiastkiem jej męstwa leżał w obcych dłoniach z przetrąconym karkiem, w swoim kruchym poczuciu wolności…

W utworze
wykorzystano
fragmenty powieści „Lalka”
Bolesława Prusa