– Ludzie z centrum nazywają to „Utraconym rajem” – odezwał się Zyga. – Najbogatsza obecnie enklawa i wątpliwa chluba tego oto miasta. Jej mieszkańcy to głupki i wiejska hołota, tyle, że z pieniędzmi pełnymi koneksji. Milionerzy. Ci świeżo bogaci. Wytwór naszej nowej, śmiałej wyobraźni z podciśnieniem w płucach i bąblami w mózgu. Hecne towarzystwo. Mają niezły odrzut od własnej przeszłości i klawy charakter. Ludzie bez zasięgu. Nawet bez nałogów. Orbitują jedynie wokół własnej dupy. Jak na gościa z Sydney to chyba wystarczy? Tym bardziej, że gość stał się jak widzę, odlotowo niewymagający. Zresztą, czego można oczekiwać więcej od porządnych ludzi. 
         – Nie lubię wielkich domów – rzekłem obojętnie. – Drażnią mnie, bo z reguły są klarowne, puste oraz posne. Nieodparcie kojarzą się z typową rutyną, przemijają boleśnie wraz z ich mieszkańcami, swoją formą podkreślają nieodpartość faktu. To smutne, bo wciąż tętnią o tym swoim żywym echem. Nie mają tajemnic. Są sterylne i przewidywalne, chociaż nie są czyste.
         – Szkodzi nic – odparł na to Zyga, również obojętny i nieurażony, więc wysiedliśmy obaj, razem na trzy cztery.
         Będąc obojętni, my dwaj wysiedliśmy zatem bez zbędnego pośpiechu, jak również zapewne bez zbędnych słabości niepotrzebnych nikomu, które jednak były przecież wokół nas i przywitał je włochaty, i bezczelny pies. Olbrzymie, czarne, rozczochrane bydlę. Przez chwilę węszył wokół niespokojnie, po czym spojrzał przelotnie na swojego pana, zignorował go, a następnie obwąchawszy mnie, zawrócił i złożył swe potężne cielsko u wejścia przed domem. Na ogromnym tarasie wykończonym masą granitowych płyt, na tle ciemnej ściany, rażącej konstrukcji wykonanej z przyciemnionych, hartowanych szyb, stały białe, wiklinowe krzesła oraz stół z kraciastym, zdobnym parasolem. Wokół zieleniła się geometria nienagannie strzyżonych trawników, pociętych rzeczowo wąskimi ścieżkami oraz alejami jak pajęcza sieć. Ogrodowy spryskiwacz współdziałał właśnie z zachodzącym słońcem, spółkował z nim, tworząc nieoczekiwanie wyrazistą tęczę. Panowała ułożona i wygodna cisza. Jej krople spadały martwą otuliną na ozdobne krzewy i soczystą trawę. W ogrodzie uwijały się szybkobieżne ptaki, dziobały zuchwale dywany trawników.
         Spuściłem powietrze i z głęboką ulgą zagarnąłem go znów. Przez ten lotny moment, doznałem poczucia skrzydlatej wolności. Pojawiła się przy mnie nie wiadomo skąd. Zaaplikowałem sobie wreszcie papierosa. Zapaliłem go. Odzyskałem przytomność pobudzony chmurą wchłoniętego dymu, jak również schematyczną konstrukcją okolicznej przyrody. Poczułem, jak bez reszty to miejsce jest obce, jak żadne inne, które dotąd w tym mieście zdołałem odwiedzić. Przykucnąłem zatem, aby się oswoić i dłonią powiodłem po wilgotnej trawie, a potem uniosłem tę pachnącą dłoń i zrosiłem nią swoją zaniechaną twarz.
         Andrzej tymczasem przekroczył już psa, który wciąż leżał niewzruszony przed wejściem do swojego domu. Wyjął klucz, kilkakrotnie przełożył go z dłoni do dłoni, obrócił go w palcach, popatrzył, zawahał się i nacisnął dzwonek. Raz i drugi. Stanowczo. Ale widać, wewnątrz nie było nikogo.
         – Co jest, kurwa! – warknął oschle, a pies uniósł niespokojnie granitowy łeb i objął go żółtym, zaślinionym wzrokiem. – Miała czekać suka – syknął niewybrednie. – Mówiłem jej przecież, że zaraz przyjadę.
         Wetknął klucz, a kiedy odpuścił mu zamek, nadjechał samochód. Na aleję przed domem wtoczyło się zwinnie wypieszczone audi i zaparkowało wprawną ręką w słońcu, ramię w ramię z mężnym bmw. Zabarwiło się dojrzałymi kolorami wiśni. I wysiadła z niego niepoznana baba, jedna z wielu jeszcze niepoznanych, estetycznych bab. Niezwykle przystojna i doprawdy niecodziennie piękna. I rozkołysała obłędnie wokół mnie powietrze zapachami używanych perfum i dezodorantów.
         – Odwiozłam Łukasza – dała głos, zatrzaskując drzwi. – Nie będzie przeszkadzał. Mama przywiezie go nam jutro rano – i ogromne, serdecznie roziskrzone oczy zwróciła odważnie na swojego męża.
         Ja tymczasem podniosłem leżącą na trawie zmoczoną zabawkę, pluszowego misia z naderwaną nogą Obejrzałem go, spróbowałem wycisnąć jak nasiąkłą gąbkę i spytałem wnikliwie, sam nie wiedząc czemu:
         – Kim jest Łukasz?
         – Nasz syn – odrzekła mi ciepłym, dumnym, wielobarwnym głosem.
         – A reszta? – coś kazało mi pytać ją natarczywie i znienacka dalej.
          – Jaka reszta? – odparła jakby lekko zaniepokojona.
         – Twoich dzieci – odrzekłem jej na to nasze pierwsze powitanie i spojrzałem na w drzwiach jeszcze utkwionego Zygę.
         Ten z kolei zerwał z oczu ciemne okulary i swój wzrok wulgarnie skierował na żonę. Napiął mięśnie szczęki, szarpnął kołnierz niedopiętej koszuli.
         – A reszta jest w niebie – odparł, uprzedzając ją i wściekły natychmiast znalazł się za drzwiami.
         Zniknął wewnątrz domu. Ja natomiast uniosłem się znad wilgotnej trawy i poczułem zapach rozkopanej ziemi. Stałem tam pośrodku, rozdzielając pochopnie tych dwoje i widziałem dzieci poczęte, idące czwórkami bezsprzecznie do nieba i siebie samego, bluźniącego pielgrzyma z nogami skutymi w elastyczne bandaże i z nożem na złych ludzi – zwierzęta – utkwionym w kieszeni. Pijącego w skwarze asfaltowym wodę. Jej resztki z wyrzuconych do rowów butelek. I te chwile emocji i chwile omdlenia w miarę kilometrów i krwotoki z nosa, brak łaknienia i pragnienie głodu i stalowa rura, którą chciał mi los przyłożyć w przydrożnym zajeździe do głowy, kiedy zatrzymałem się w polach tych szczerych na kolejny nocleg.
         Przystąpiłem zatem trzeźwo, obojętnie do niej. Powiedziałem jej to, będąc w nagłym, śmiertelnym przypływie znużenia:
         – Przepraszam. Mam wrażenie, że pojawiam się chyba jak zwykle nie w porę. Zgadłem? Tylko nie kłam – poprosiłem grzecznie. – Wiedziałem od razu, że to kiepski pomysł. Cóż. Andrzej był uparty.
         – Ale w dobrym czasie – nie skłamała ona. – Przepraszam za niego. Jest dziś rozdrażniony. Czepia się od rana.
         – Przykro mi – skłamałem jej słowem i obliczem swoim. – Jestem roztrzepany. Nie zauważyłem.
         – Ma zły dzień – a mówiąc, muskała mnie wzrokiem. – Znów mu coś nie wyszło. A w ogóle ostatnio nic mu nie wychodzi. Ponownie coś idzie nie po jego myśli. Jest przesadnie ambitny, a zatem się wścieka. Za dużo przyjmuje jak zwykle na bary – stwierdziła ten fakt tak banalnie, z udaną aktorską ironią, prezentując przy tym swoje smukłe, słońcem wypalone uda.
         – Może jest zmęczony – wysnułem banalnie i ja takie przypuszczenie, po to tylko, żeby coś przypuścić, podtrzymać z nią zaczętą rozmowę. Zamyśliłem się po to, by myślami uskoczyć gdzieś w bok  na obrzeża. Nie zgrzeszyć przy tym i odpuścić sobie.
         – Nie – odparła grzecznie. – Szuka awantury – była przekonywająca. – Mówiłam ci już. Jest po prostu śmiertelnie ambitny. Nieprzewidywalny. Niezadowolony. Lecz stara się nigdy nie zaczynać pierwszy. Chce być zawsze górą. Prowokuje mnie. Najgorsze, że zdarza się to coraz śmielej oraz coraz częściej. Szczególnie przy gościach bywa opryskliwy i znerwicowany. Jest nie do zniesienia – a jednak mówiła to wszystko łagodnie.
         – Pewnie trochę żłopie – nie zgadując, stwierdziłem wcale nie pochopnie.
         – Tak. Od jakiegoś czasu zaczął permanentnie pić i w dodatku miesza. Zaniedbuje przy tym swoje interesy. O sobie nie wspomnę. Jest wulgarny. Stał się opryskliwy. Coraz częściej nie wraca na noce do domu i samochód prowadzi brutalnie jak wariat. Boję się z nim jeździć. Jakby zdziczał i czuję, że stroni od ludzi. Pije w samotności. Nie szuka kolegów.
         – Przecież masz swój wóz – wykazałem, chcąc nie chcąc, obojętną troskę przy zmianie tematu.
         – Teraz tak. Owszem. To prezent od niego na rocznicę ślubu. Ma gest. Nie tak dawno ledwo uszedł z życiem. Byłby zabił siebie oraz jakąś cizię. Od tej pory zmienił się zupełnie. Kupił mi samochód i zamknął się w sobie. Nie mam z nim obecnie żadnego kontaktu. Rozmawia niechętnie. Jak to w życiu. Rozmijamy się.
         – Rozbił mercedesa – potwierdziłem fakt nieco mi znajomy.
         – Rozbił? Dosłownie roztrzaskał! Mówił ci?
         – Nie wszystko.
        – Przepraszam… – próbowała przerwać, nagle pochylając głowę.
        – To głupie. Nie wiem – kontynuowała jakby zawstydzona – czemu ci to mówię. To śmieszne. Przecież się nie znamy. Doprawdy nie powinnam była. Powinnam się była inaczej zachować.
         – Dlaczego? wszystko jest normalnie – stwierdziłem radośnie. – Znam cię przecież dobrze. Już wystarczająco dużo o tobie słyszałem.
         – Jak to? Gdzie i kiedy? – pytała zaborczo nieco zaskoczona.
         – Tu i teraz – odrzekłem pośpiesznie. – Przed chwilą od ciebie. Tyle mi wystarczy – powiedziałem już nieco rozmową znużony i przylgnąłem do niej wzorowym uśmiechem.
         I odpowiedziała na mój uśmiech chętnie, układając usta również według wzorca. Na policzki jej spłynął delikatny róż, a ja zaś patrzyłem w jej bezbrzeżne, na wilgotno zachmurzone oczy, w ich cierpliwy smutek, przenikliwe ciepło i tę postać utkwioną w nich głęboko na piaszczystym, bursztynowym dnie. Była szczera w tym smutku, a zatem bezbronna, jakby rozmydlona i nieokiełznanie w rozmydleniu swoim naturalnie piękna. Uśmiechała się teraz pełnymi ustami, emanując naturalnym, spontanicznym wdziękiem, niezwykłym urokiem, wiśniową powłoką błyszczącej pomadki, bielą symetrycznie ułożonych zębów, wabiła drżącymi kącikami ust. Rozumiałem. Wiedziałem już, czemu więcej nie chce rodzić dzieci. Tak jak Zyga nie pojął, czemu nie chce ich. To samotność kobiet dobijała trzydziestki. Jej myśli od dawna podążały wstecz.
        Ja bezbłędnie za to ocknąłem się w porę i ruszyłem niezwłocznie w stronę samochodu. Przystanąłem przed nim. Spoglądając mężnie w zachodzące słońce, otworzyłem jego połyskliwe drzwi. Z wnętrza wydobyłem zapomniane róże, porzucone przeze mnie na tylnym siedzeniu. Powróciłem z nimi, przystąpiłem do niej i wetknąłem jej gorliwie w dłonie, te róże z przesadną ilością mojego nasienia.
         – Och…! Dziękuję – rzekła, nie będąc w zasadzie – bo i po co – zdumiona. – Niestety od Andrzeja nie dostaję kwiatów – mówiąc, szczerze przywykała do mnie.
         – Tylko samochody – zadrwiłem niechcący, przytrzymując przy tym jej smukłą, palczastą, wyciągniętą dłoń.
         – Są naprawdę piękne – rzekła schematycznie, będąc podniecona.
         – Nieprawda – zaprzeczyłem niekonwencjonalnie, jak również stanowczo. – Nic więcej. Są jedynie wilgotne – nie myślałem o kwiatach, lecz po prostu o niej.
         – Chodźmy – rzekła zawiedziona i ruszyła przodem. Podążyłem za nią. Pies leżący niechętnie ustąpił nam miejsca. Przekroczyliśmy próg, poza sobą szczelnie zamykając drzwi.
         Andrzej właśnie zrobił sobie drinka, utknął w drzwiach salonu, agresywnie spoglądał na wchodzącą żonę. Rzucił jakby światu, pogardliwie obolałe spojrzenie i przechylił szkło. Pił dopóki nie osiągnął dna. Nie powiedział nic. Ona również nic nie powiedziała, więc odwrócił się od nas i wyruszył przed siebie w głąb, ponownie do baru. Słyszałem powielany w przestrzeni salonu brzęk szkła, pobrzęki przesuwanych nerwowo butelek, rozglądałem się bacznie i obejmowałem swoim trzeźwym wzrokiem widoczne z tego punktu pomieszczenia domu. Dom był ładny, solidny, niecodziennie przestrzenny i zadbany jak na ogrom niezwykle. Urządzony rzec można gustownie ale bez przesady. Zapewne jej subtelną ręką, bogato, ale bez przepychu. Za to czuło się w nim przesadną, wręcz sterylną czystość. Wypełniał go intymny zapach nieznajomych perfum, kojący, nienarzucający się zmęczonym nozdrzom. Na ścianach wisiały współczesne obrazy o krzykliwych barwach, stonowanych umiejętnie donicami zadbanej w olbrzymiej przestrzeni zieleni. Mnóstwem kwiatów rozstawionych przemyślnie w salonie. Białe, fantazyjnie upięte, przejrzyste zasłony mieniły się w z wolna zachodzącym słońcu kryształami soli. Gdzieniegdzie tlił się świeży zapach zranionego drzewa, ten żywiczny zapach zdobnej boazerii, a barek, przy którym stał nerwowo Zyga, mienił się bogactwem różnych maści trunków. Falował statecznie, jak uśpione morze przed idącą burzą, zapraszał do środka. Przed tą nocą, w której ktoś pogrąży się i w której ponownie zatonie i legnie na jej dnie w bursztynowym piachu. Zyga pewny siebie uśmiechał się do mnie, a ten uśmiech wydawał mi się jakby zardzewiały i taki złowieszczy, gdy uniósł do ust ponownie przepełnioną szklankę.
         – Podoba ci się? – zapytał mnie miękko tuż znad tafli płynu bursztynowej barwy, omiatając wszystko wokół swoim wzrokiem.
         – Dom czy twoja żona? – dociekałem jego kierunku pytania.
         – I jedno i drugie – odpowiedział i wgłębił się we mnie, zastanowił się.
         Ja spojrzałem na nią i twierdząco pokiwałem głową.
         – Tak. Podoba się – stwierdziłem powoli.
         – A co?
         – Twoja żona – odrzekłem w ten sposób być może aż nazbyt zuchwale.
         Staliśmy tak zatem, uwikłani w tym jedynym czasie, wszyscy troje, nieopodal siebie i nasze spojrzenia zbiegły się przejrzyście w wysączonym przez Andrzeja, nacinanym szkle. Katorżniczym oraz doskonale pustym. Rzężącym już tą napastliwą świadomością nieuchronnej śmierci, jak ten świat, z którym to i on także, tak brutalnie i zuchwale się starł. Zyga śmiał się tymczasem sprośnie i ochryple, ale jednak z tą rozpoznawalną nutą jego żalu złożoną na dnie. Szczerzył się swoimi lśniącymi zębami, bełtał ślinę w ustach, bo poniekąd przecież był zadowolony. Nucił jakiś przeszły, zapomniany tekst, jednej z tych pijackich, niemądrych piosenek napisanych pośpiesznie podczas którejś ze studenckich imprez. Śpiewał coraz głośniej, zapalał się tym pięknym swoim głosem, kryształowo czystym, doniosłym, męskim i głębokim:

         Mimo wszystko…
         Warto było się mi do tej sztuki przytulić…
         Co nic mi nie dała…
         Mimo wszystko…
         Warto było przytulić się do tej…
         Co mnie nie kochała…
         Mimo wszystko…
         Warto było się znaleźć…
         Od czasu do czasu…
         Na dnie…
         Mimo wszystko…
         Wśród poezji świec i…
         W ogniska blasku…
         Wciąż widziałem ciebie…
         Taką nienaganną…
         I w poranka blasku niebrzemienną jeszcze…
         Upojoną rosą…
         Całą moją mgłami nieokrytą…
         Niespokojną bosą..
         Pachniałaś powietrzem…
         W moją stronę…
         Zmierzając..
         W bursztynowej sukni…

– Zatem mistrzu – zapytał – czego się napijesz?
         –  Wódki – rzekłem bez namysły, wznosząc kciuki, a następnie pochylając je i zbliżając ku sobie.
         – Może byście usiedli i najpierw coś zjedli – zaproponowała, niefortunnie wtrąciła się ona.
         – Tak jest! – potężnie odezwał się Zyga. – Masz rację! Zmiksujemy sobie! Niech w końcu będzie tak, jak było dawniej – poderwał się, ignorując ją. – Goguś daj nam piwa! Portera – zakomenderował i natychmiast sięgnął szarmancko po stojącą nieopodal flaszkę.
         – Przecież nie ma piwa – odrzekła, będąc mu przynajmniej z pozoru posłuszna. Zaoponowała: – Mówiłeś przecież, że pijecie wódkę.
         – Słyszałeś poeto! Brak ciemnego piwa, więc zostały na przepitkę tylko złote myśli. Również ciemne. Nie będzie portera? Nie szkodzi. A może… Skoro nie ma, to jasne, że pijemy wódkę. – I dodał zgryźliwie, wyraźnie będąc jej niechętnym: – A potem zapewne coś zjemy. Jak pijesz, masz jeść! – wrzasnął i następnie podkreślił zaczepnie: – Słyszałem. Słyszałem sugestię kochanie…
         – Chciałabym ci tylko…
         – Ćśśś… Ja również bym chciał. Ale sama widzisz… – przerwał jej i uniósł karcąco wskazujący palec.
         I wówczas rozdzwonił się po prostu telefon. Tak banalnie jak to często bywa w takich chwilach właśnie. Właśnie wtedy, kiedy mieli być może wreszcie sobie coś do powiedzenia. Rozdzwonił się nagle. Natarczywie. Nieoczekiwanie. Tak jakby ktoś kogoś chciał pozbyć się natychmiast z domu. Małgorzata ruszyła, by podnieść słuchawkę, by poskromić ją. Ale Zyga niestety nie pozwolił jej.
         – Zostaw! – szarpnął się. – To na pewno do mnie – powiedział stanowczo. – Sam odbiorę. Banda skurwysynów. Jak bida, wtedy dzwonią do mnie – zawarczał pod nosem, podszedł do stolika i ze złością odebrał natrętny telefon, jednocześnie ocierając pot cieknący mu z czoła. – Tak – burknął. – Słucham cię. Teraz nie wysłucham. Tak – mówił. – Nie – pozbywał intruza się z domu. – Nie. Nie mogę… Mam gości… Jestem umówiony… Nie dzisiaj… Jutro… Powiedziałem jutro…Mówię! Jutro rano… Wcześniej nie dam rady… Musicie poczekać… Powiedziałem… Będę jutro rano…
         Potem zamilkł i nie wtrącał się już temu komuś w zdania. Tylko słuchał, a po twarzy jego przemykały skurcze i ciało szarpały delikatne dreszcze. Nie pozbywał się nimi już natręta z domu.  W końcu zgodził się. Uległ. Poddał się. Przytaknął i powiedział niemalże poddańczo:
         – Dobrze. Będę. Zaraz tam przyjadę – i odłożył niedbale, osunął słuchawkę.
         Zyga stężał, zastygł, zasklepił się w sobie i coś zaseplenił. Patrzyłem na niego z obawą, bo słyszałem brzęczące kluczyki w pokoju. On bawił się nimi poprzez dłuższą chwilę, zastanawiał się nad czymś, zbyt długo się wahał. Więc pomogłem mu. Sprytnie wyprzedziłem go na kanwie milczenia.
         – Jedź już jeśli musisz. Nie przejmuj się mną – powiedziałem i zabrzmiało to w moich ustach złowieszczo i zarazem smutno. I stwierdziłem proroczo:
         – Poradzimy sobie.
         Zyga znieruchomiał i jakby oniemiał. Stał się głuchoniemy. Z odłożonej słuchawki coś parło na niego, a ja usłyszałem w niej głuchy płacz dziecka. Zastanawiał się. Być może nad sobą. Rozstrzygał i tępo spoglądał na marmur podłogi.
         – Powinienem tam jechać – zbliżając się do mnie, powiedział mi skrycie do ucha. – Czekaj na mnie. Żebym cię nie szukał. Mam coś do zrobienia. Jadę, ale wrócę. Musze zdecydować. A właściwie – wyznał i zawiesił głos – już zdecydowałem. Jest już załatwione.
         Głos miał dziwnie zmieniony. Bezbarwny tym razem i nienaturalny. Już nie butny, ale taki podszyty wymuszoną pozą i jakby pokorą. W jednej chwili cały świat pozbawił go swojej opieki i jego przecież bezcennych wartości. Ruszył do drzwi, przemieszczając się ciężkimi krokami, przechodząc, bezmyślnie klepnął mnie przez plecy, nieświadomie przygiął również mnie do ziemi. Zatrzymał się, nagle wyhamował, zaskrzeczał pod nosem, zawrócił do baru.
         – To na razie – powiedział i pociągnął tym razem z butelki. – Kupię browar. Za godzinę wracam – pociągnął raz jeszcze i pośpiesznie wyszedł, nie zwracając uwagi już na żadne z nas.
         – Nie łudź się. Nie wrócisz – powiedziałem głośno do samego siebie.
         – Poradzimy sobie – potwierdziła ona, a on dodał, patrząc na mnie:
         – Wiesz? Może nie wrócę, ale ciągle wracam…
         Drzwi trzasnęły i silnik po chwili zastukał rytmicznie, potem zawył i samochód wraz z Zygą, z piskiem kół odjechał. Poczułem w ustach smak gorzkich migdałów i wydało mi się, że tam gdzieś zza okna powiało zgnilizną i bezczelnym śmiechem. Odczekałem potrzebną jej być może chwilę, aż pogrąży się w tej zapadłej ciszy i stwierdziłem, dosięgłem problemu żałośnie:
         – Szkoda, że już dziś nie wróci – i spojrzałem sztywno na stojącą przy mnie.
          – Wiem, że kłamie – rzekła. – Żyje w świecie, w którym nie ma już miejsca na miłość. W którym nie odróżnia się dobra i zła. prawdy od obłudy. Dziś znów będzie u niej. Szkoda, że odwiozłam Łukasza do mamy. Myślałam, że ten wieczór dziś spędzimy razem. Naprawdę. Cieszyłam się na to wasze spotkanie po latach. To nie miało od początku sensu. Usiądź. Zaraz wrócę.
         I wyszła z salonu. Zagubiła się w przestrzennych pomieszczeniach domu i odprowadziwszy wzrokiem jej krzykliwe biodra, zdjąłem z siebie wytartą do nieprzytomności, dżinsową skorupę i cisnąłem w kąt, na fotel stojący przy otwartym barze. Przysiadłem na stołku, wysoko przy ladzie i sięgnąłem po stojącą nieopodal whisky. Dokręciłem ją, zabójczo przekręcając gwint, odstawiłem na bok i sięgnąłem w głąb zwodniczych kolorów, wyciągając czystą. Niefortunnie, boleśnie odbiłem ją z łokcia, udrożniłem i nalałem ją sobie do samotnie wypróżnionej przez Andrzeja szklanki. Spojrzałem przez szkło na tę drugą stronę i spożyłem wprawnie. Zanim ją przełknąłem, przetrzymałem w ustach, aż stała się mdła. W ten to oto ryzykowny sposób wydobyłem z niej, jej prawdziwy smak, a ręce złożyłem na kamienny blat. A właściwie na krzyż opuściłem je ciężko. Zadudniły złowieszczo jak kamień o kamień i głucho jak ziemia o dębowe deski. W zmęczonym żołądku szalało już piekło, a skronie wypełnił mi nieznośny ból. W uszach powstawały mi szumy oraz stuki, oraz zanikały różne dziwne dźwięki. Dudniły nabrzmiałe tętnice miłości. Miałem nagły wzwód. Przymykając oczy, znów sięgałem głębokich pokładów pamięci, bezkresnych zasobów ułożonych z lasek dynamitu i zwiesiwszy pośród nich ciążącą mi demonicznie głowę, popadłem w ów mile tragiczny mi stan, realnie zdziczony w jego jawnym śnie. Spod domkniętych powiek wylewała się senna, mazista substancja, trędowato zielona, kipiąca w nich masa. I tańczyłem z nią poprzez krótki ten mój opuchnięty ni to spazm, ni sen, jakiś dziwny, pienisty, osobisty taniec. Bezrozumny, fałszywy i rozfalowany. Nieistotny z gruntu, bezowocny, niepotrzebny nikomu. Puchłem i wzdymałem się niczym drożdżowe ciasteczko i pląsałem w niej niczym w magmie cuchnących odpadów, kotłowałem się niczym wrząca lawa i kipiąca, bezrozumna i zraczała masa. Ktoś bezpostaciowy, ktoś bezosobowy zaciskał mi dłonie na ścierpniętym karku i wyrywał z niego krwawe płaty mięsa. Czułem mięsożerność tego środowiska. Czułem skwar czyjegoś płaskiego podbrzusza, jego symulację z urojonym zabarwieniem ciąży, złożoną wnikliwie gdzieś na moich krzyżach. Skwar przenikał mnie, oswajał z naglącą potrzebą fizycznej miłości, z istotą swego jajowodu, czułem jego potencjalny, potajemny ból i skumulowany potencjał energii, kojarzący się wyłącznie z bezowocnym potencjałem śmierci. Dostrzegałem dojrzałą w nim postać jakiegoś człowieka, męża stanu, dziwaka, mojego Owego, niby przyjaciela, samotnika takiego samego jak ja, z tych zamierzchłych czasów sięgających jeszcze naszego wspólnego dzieciństwa, o którym to w zasadzie dawno zapomniałem jako tym bezbarwnym, mistyfikowanym, skompromitowanym oraz niedorzecznym i nierzeczywistym. Tym, pomiędzy rozłożoną tarczą tęczowych kolorów a kroplami rosy na tarczy zegara i przeszywającym mnie promieniem porannego słońca, jego geometrią i jego hippiką, wskazówką i pantomimiczną strukturą mojego umysłu oraz moich ogorzałych wspomnień z tamtego okresu. Zatem bez zwieńczenia tych wszystkich wartości, dążeń oraz jasnych celów w dzień powszedni jak również w mityczną niedzielę oraz inne urojone przez narody święta. Pięknie więc wyglądał taki mój samotnik, przyjaciel osadzony przy mnie na połaciach błękitnego nieba w tym samotnym kolorze wytartego dżinsu. Sformułował się z krzykliwych zarzutów, z mojego skromnego jestestwa. Materializował się oto w mojej obecności ze spiętrzonych odchodów, z kloaki naszego wspólnego dziedzictwa i z moich porównań, z tych odrzutów masowej energii, z jej zestawień spinających nas obu w jeden wspólny, wiekuisty ciąg, mój cień snujący się ponad populacją, ponad wyobraźnią, trzymający w dziecinnych ramionach pachnący świeżością gruby plik pieniędzy. Zapraszał mnie wdzięcznie, dwuznacznie pociągał tym plikiem do sedna, do wewnątrz, do jakiegoś mamiącego środka, prowadził poprzez wielorakie, nieznane mi sfery, obszary, zawiłe struktury. Poprzez bezgranicznie symetryczne skwery i przejrzyste, lśniące nam bulwary, wypielęgnowane, wytrzebione z życia oraz z jego smrodu. Umiejscawiał nas obu niejako tak z dala, zbuntowanych, oddalonych, po przeciwnej świata niedorzecznej stronie, gdzieś na peryferiach, w ich zaułku i za horyzontem, w gwiezdnym pyle naszej świadomości i w ziarnach klepsydry, którą przecież roztrzaskała Luna, poza naszym przejrzystym spojrzeniem, jakby na tarasie rodzinnego miasta, wśród kamiennych, sypiących się kolumn pospólstwa i obłoków plebsu. Przenikał mnie chłód ich kamiennych, bezrozumnych spojrzeń, narkotycznych oczu roziskrzonych jakby kryształami lodu, w czasie, w którym taras pustoszał drastycznie, stapiał się i zlewał, a następnie powoli zanikał, pąsowiał, zmierzając do powolnej, dobrowolnej śmierci. I odradzał się znów, ponownie wynikał w swojej nowej, notorycznej, pozornie odmienionej formie jak również naturze, w przestrzeni bez końca i w czasie objętym jedynie ramionami miłości znajomych nam ludzi. Dookoła nas zatem zagęszczał się tłum, motłoch osób dobrze nam znajomych, a w nim wrzało stado jakby nagich kobiet, zlewających się w tańcu w jednoznaczną masę. Demoniczne stadium nagusów niewieścich, niedwuznacznych, niezwykle przychylnych społecznie i uchwytnych tą swoją nagością. Wszystkich tych, które ponoć kiedyś nas kochały, tyle tylko, że na ich pieszczoty nie mogliśmy liczyć. W powietrzu wyraźnie czuło się fantazję wzbudzoną wibracją i gorliwym tańcem i wówczas poczułem tę wilgoć zabójczą, spóźnioną niestety, bo niedbałą, pośpieszną, kurewską. Widziałem, jak sączą się kroplami zabójczego jadu półprzytomne, lepkie i rozwarte uda, rozpalone, rozpustne tym jadem i tańcem i rozmyte nagością i śliną, błyszczące, spocone królestwo.
         A następnie na taras wmigał się samochód, taka dopieszczona, lśniąca limuzyna. To był dziwny model sunący jak taran, tyle , że bezgłośnie. Po stalowych, zaostrzonych szynach albo linach, sunął jego nieznany gatunek. Olbrzymi, piętrowy, pozbawiony dachu, zadaszony jedynie rozmiarami ciążącego ponad nami zwalistego nieba. Taki pociąg był z niego po trosze pancerny, trochę dom na kołach obłożony stalą i po trosze autokar nierdzewny, spiżowy cabriolet i jego zjawisko wywiozło nas nagle poza moje miasto i obraz dzieciństwa do jakiegoś małego, cichego miasteczka, a właściwie w dal, na jego obrzeża, do jego przytułku, na przedpola, odległe przedmieścia. Do wielkiego, jednoznacznie przecież samotnego domu drewnianej konstrukcji stojącego pod tą senną marą, ciemną ścianą nadeszłym wieczorem uśpionego lasu. Przy tym wynikało, że dom ten stworzony z pozorów, z modrzewia dziwnego gatunku oraz ludzkich planów, był domem mojego Owego, takim letnisowym, wykonanym z bali, pachnący igliwiem, żywicą, świeżo ciętą dechą i nie wiedzieć czemu jeszcze ciepłym mlekiem. Usłyszałem żałosny, przejmujący jęk i nagle znalazłem się wewnątrz domostwa, pośrodku tych jego wymiarów, unoszony falą sennego omamu oraz wyobrażeń, natarczywych przedstawień, może nawet niespełnionych marzeń. Obraz życia zmienił się drastycznie. Poszarzało we mnie i żyliśmy w tej prywatnej przestrzeni Owego, pospołu zacnie i cierpliwie zjednani w jej wnętrzu, obaj jakby nadzy i nieuciążliwi już jeden drugiemu. Patrząc poprzez palce, poprzez pryzmat, przez peryskop śmierci  I wciąż napływali jacyś nowi ludzie nie wiadomo skąd znani nam dobrze i nieobliczalni, życzliwi i szczerzy, ale jednak mimo wszystko obcy nam przechodnie. Manifestowaliśmy w naszym wspólnym kręgu i gromadnym tańcu nasze śpiewy chóralne i pary dobrane, praktyczne zestawy kochanków, okrzyki gremialne i oczekiwania, i wybiegi do sennego lasu, gdzie nawiązywały się nowe przyjaźnie i formy rozpustne. Coraz tłoczniej, zawilej, gromadniej i gwarniej i coraz rozpustniej robiło się w naszej wspólnocie pierwotnej i poczułem w tym jednym, jedynym możliwym dla życia momencie, że się wynaturzam, że staję się obcy i w nicość przemienny.
         I wówczas podeszła do mnie ta nowa kelnerka, znikąd poprzez tłum zaległych przedarła się książek i przeistoczyła się, wykwitła pierzastym obłokiem przede mną, kiedy ją pytałem o własne nazwisko, którego nie było, oraz o nazwisko kogoś, kogo uporczywie skłonny byłem szukać. Ona zaś odrzekła natychmiast mi jego nazwiskiem i dodała wstrzemiennie:
         – On wiedział, że pan do nas przyjdzie. Tak naprawdę wszyscy to wiedzieli. Proszę tu na niego chwileczkę poczekać – no i oddaliła się w sposób niezbędny w tym tłumie, niezwykle praktyczny, przepływając zgrabnie zatłoczoną salę i wkrótce ponownie zaistniała przy mnie trzymająca w dłoniach zapisane karty, a z bieli papieru wydobywał się mdły, mydlany ich zapach, pienisty aromat i nieznany, dławiący mnie swąd. Dostrzegałem jaskrawe kolory pasemek jej długich i zniszczonych włosów zaś pod moją złocistą, jaśniejącą w słońcu nadętą kopułą znów zatliło się wstęgami tęczy.
         – Baw się z nami dobrze – wyrzekła i podała mi ponownie przyniesione karty, przemienione tym razem w płonące łuczywo. Rozsypały się upuszczone gdzieś pod moje stopy, krzesząc iskry, imitując nimi mozaikę posadzki, rozkładając na niej moje karty szczęścia. Byłem obojętny i objęty przy tym limitem milczenia i miałem wrażenie chwiejnej przejrzystości, jakaś szklista dosłowność pochłaniała mnie, otaczając szczelnie i poprzez tę niebywałą szczelność, szklistość i bezosobowość czytałem bezgłośnie znane mi pojęcia, ich obrazy przybrane w nazwiska widniejące na zebranych kartach, kaligrafowane czarnym atramentem, równym, nudnym, precyzyjnym pismem, niestety tym żmudnym wciąż pismem rozsądku. Były to nazwiska tych wszystkich, z którymi kiedyś przebywałem w tej drugiej połowie minionego wieku i tych, którzy ciągle do mnie dołączali, jak również i tych, którzy nie chcieli się pofatygować, działający na zewnętrznej połaci wymiaru, jednoznaczni, rozsądni, niepopadający w żaden inny konflikt, w żaden inny banał, istniejący jedynie w tym rozsądnym banale istnienia. Potwierdzeniem każdego nazwiska była dedykacja przytwierdzona do karty niczym etykieta. Każda nieczytelna, a więc porzuciłem wszystkie przy otwartym oknie i poprzez to okno lewitując, opuściłem wnętrze, wypłynąłem, wysnułem się z niego na otwartą przestrzeń, wnikając bezsprzecznie w tę inną pobliskość, przejrzystą ciut bardziej i pełną humoru, w jej łono i  w całe bogactwo złożonego w jej wnętrzu nasienia. Za mną ochoczo podążały egzemplarze głupków, wynikały kolejne nazwiska, wszystkie spoza kręgu moich prześladowań. Wynikały, gramoliły się tłumnie przez okienny otwór i spadały z hukiem, waląc się na ziemię. Lokalizowalem w gęstniejącym tłumie i tę moją pierwszą, nieskonsumowaną, być może dlatego obdarzoną tak trwałą pamięcią, choć przecież niezwykle już dla mnie odległą i nawet nie wiem czy jeszcze żyjącą. To zebranie stało się takim gwałtem zbiorowej pamięci, zboczonym przeżyciem zbijającym z tropu, niekontrolowanym przebiegiem zjawiska, podłością w stosunku do statecznych, bo w tym przypomnieniu, w tym realnym zwidzie, traciłem przytomność wraz z nimi wszystkimi, w poczuciu płynności stawałem się lekki, świeży i również wzajemny. Żyłem, uprawiając wraz z nimi ten zbiorowy terror, czołgałem się po nagich, namaszczonych ciałach, uprawiałem koedukacyjną, wspólną masturbację w owalu obszernej, kryształowej wanny wypełnionej mgłą, mlekiem, oparem wonności oraz gęstym płynem barwy soku z mięty, przypominającym zapach dzikiej róży, płożącym się ku mnie z okolic czyjegoś odbytu. Natomiast gdzieś tam spoza toni i spoza kipieli zjawiska dobiegały śmiechy oraz różne masowe przekleństwa, strzępy rozmów, urywane słowa i powtarzające się rytmicznie jakieś dźwięczne tony. I to właśnie z nich wyłoniło się to ciało niebieskie, przenikając poprzez kryształowy pejzaż i szklistość powierzchni, w osobistość tej wanny, pytając, czy może się przy nas obnażyć oraz czy przypadkiem nie mógłbym się spuścić.
         W jednej chwili zanikły wonności, zbladły egzemplarze, spłowiały kolory, wyciszono dźwięk. Dostrzegłem rozpędzony, towarowy pociąg w tym krótkim momencie, gdy wypadał z torów i następnie w zwolnionym już tempie, kiedy stoczył się z nasypu na ubitą ziemię. Rozsypały się jego pełne kontenery, puste komentarze, a wokół zaczęło drastycznie pustoszeć… Ktoś krzyczał przerażonym głosem:
         – Szukajcie go wewnątrz! On przecież jest w nas!
         Obraz zemdlał. Zgasł…
         Odzyskałem świadomość nagle i niepostrzeżenie, zanim na tej drodze ułożonej z marzeń znów spotkałbym gnoma. Poderwałem się i doznałem tego przykrego uczucia, gdy powraca się do realiów życia. Szarpnąłem się w nerwach, wyrwałem się z ran, rozejrzałem tępo dookoła siebie i twarz miałem wilgotną, drżącą, spłakaną, ale sadystyczną, zlaną zimnym, srebrzącym się potem. Przecierając oczy, zagłębiłem się nimi w przeciwległą ścianę wykonaną z lustra. Łzawiły mi te oczy wypełnione lękiem. Uniosłem się z trudem i ruszyłem w kąt, oddaliłem się szukać papierosów. Wyjąłem je z kieszeni porzuconej bluzy, powróciłem na miejsce i spalałem je jednego po drugim. Uśmiechałem się przy tym uśmiechem takim nierozważnym, samobójczym i z wysiłkiem spoglądałem w okno. Nie dostrzegłem w nim jednak nic ratującego. Jedynie stabilny, nudny, przydomowy pejzaż, tchnący tym leniwym przemijaniem czasu i beztroską, monotonną próżnią jednego człowieka. Wypiłem więc raz. Poprawiłem drugim. Ponownie zapaliłem sobie papierosa. Zabawiałem się, puszczając tytoniowe kółka. Potem wstałem, zagarnąłem łapczywie stojącą butelkę i przysiadłem, cupnąłem na ciężkiej kanapie z pikowanej skóry ustawionej obok. I zmęczonym ciałem ułożyłem się na niej wygodnie. Szklaną ławę – owalną, w matowo zamglonym, błekitnym kolorze – przybliżyłem stanowczo do samego siebie i patrzyłem przez chwilę na stojące na niej martwe świece. Dwie niezapalone jeszcze. Tkwiące jedna obok drugiej.
         – Andrzej twierdzi, że jesteś genialny – stojąc w drzwiach, powiedziała ona. – Kiedy mówi o tobie, zawsze to powtarza. Imponuje mu twoje genialne szaleństwo. Twój szlachetny styl i twoje podejście do życia i ludzi. Wciąż powtarza, że chciałby być wolny.
         Małgorzata wróciła w bursztynowej sukni. Kusej. odpowiedniej do okoliczności. Nabijanej złotymi łuskami od przodu. Materiał przylegał do smukłej sylwetki. Czarny pas – szeroki – opinał jej sprężystą talię i podkreślał bezwstydnie jej bezpłodne biodra. Twarz miała niezmienną. Niemą i pogodną. Wciąż tą samą. Pojętną. Przybraną w zwodnicze kolory płodności, a nogi strzeliste jak gotyckie wieże. Zmieniła makijaż. Był tym razem tętniczo czerwony. Zapach perfum bardziej intensywny, ale bezszelestny, podstępny jak pełzanie węża. Spoglądałem na nią stojącą tak pewnie i trzeźwo w oparach intymnej wilgoci i w skutkach przebrzmiałej miłości. Ssałem ją pijanym, nieobecnym wzrokiem, czułem w ustach gorzki smak jej nabrzmiałych sutków.
         – Byłem – odrzekłem i nalałem sobie. Pełną. Przesadzistą i niepodważalną. Spomiędzy wyschniętych, popękanych ust pozbyłem się peta, odłożyłem, spożyłem alkohol i spojrzałem przed siebie w powoli już falującą przestrzeń. Czułem zapach morza. – Oczywiście, że byłem – wyrzekłem ponownie. – Genialny. To prawda. Ale nie w szaleństwie. Po prostu w miłości i to nie do swojej delirycznie pojmowanej sztuki, ale do kobiety. Do niezwykłej, w dodatku bezmyślnej niewiasty. A może do całej populacji niewiast. O! Do całej, wzorzystej, pośladkowej masy – i czknąłem gustownie jej w twarz…
         Odłożony papieros zdążył się wypalić. Nadpalony ustnik patrzył martwym okiem w popielniczki kryształowe dno. Wepchnąłem go do niej, pochyliłem się, dotknąłem obrzeży, pstryknąłem w powietrzu palcami. Odsunąłem ją, a zaś pozór ciszy zmagał się z natrętnym brzęczeniem jakiegoś owada. Za oknem słychać było gorliwe ujadanie psa, miekko kładły się cienie idącego wieczoru. Gdzieś zza horyzontu, tam z garażu nocy, z wolna poczynał wytaczać się mrok, a w nim, a właściwie w jego obecności, budziły się już z wolna jego namiętności.
         – To była kwestia mego podziwu – rozpocząłem, chcąc pociągnąć dalej mój codzienny monolog, ale w porę urwałem, bo nie chciało mi się o tym przecież z nikim gadać.
         Z godnością pogłębiłem się w skórzanym siedzisku, jak również w pozorach panującej tu ciszy i w reminiscencjii zapalonych właśnie przez Gogusię świec. Potem, wstając, zatoczyłem się lekko i podszedłem do okna, zwinnie łapiąc pion. Ponownie nie schwyciłem za nim nic zajmującego. Odwróciłem się zatem, zaglądając w oczy zamyślonej właśnie pani tego sterylnego domu. Ocknęła się w chwili, gdy za oknem umilkło ujadanie psa i gdy ja poczułem nieodparty głód mojego istnienia, jakiś inny niż zwykle, pełen nowych, nieznanych mi wątków i bezmyślnych treści. Podeszła do stołu i sięgnęła po leżącą na nim kończącą się paczkę. Wyjęła pierwszego w tym dniu papierosa.
         – Mocne – ostrzegłem lojalnie.
         – To nic – rzekła jakby czymś do głębi wstrząśnięta. – Pozwól, że jednego zapalę.
         Płomień zapalniczki utonął w jej kształtnych, zadbanych, eleganckich paznokciach, uwydatnił bezczelną czerwień ich lakieru. Zaciągnęła się głęboko tą postacią ulepioną z dymu i bezsilnie, jakoś tak straceńczo spojrzała przed siebie. Również tam za okno. A następnie pochyliła się i dotknęła dłońmi matowego szkła, utopiła wzrok w tym błękitnym, zamglonym kolorze. Przysunęła palące się świece. Ożyły raptownie zbliżone do siebie i objęły swoim szczodrym blaskiem jej kruche ramiona.
         – Usiądź – zaproponowałem. – Dziś nie będzie wystawnej kolacji. Muszę wyjść. Najlepiej natychmiast muszę stąd wyjechać. Jeszcze dziś muszę się spakować.
         – Wyjeżdżasz – zapytała, a raczej stwierdziła.
         – Nie – odparłem. – Ja po prostu znikam – zaprzeczyłem szybko.
         – Musisz? – znów raczej stwierdziła niźli zapytała.
         – Powinienem – odrzekłem. – Znów zaczynam odczuwać zmęczenie.
         – Zostań ze mną – poprosiła. – Nie chcę być dziś sama.
         – To nieprawda – Zostaniesz tu przecież z własnymi myślami. To jest dar od Boga. Ludzie z nimi żyją. Nie człowiek z człowiekiem.
         – I co się z nią stało?
         – To samo co z tobą. A z nim co się porobiło?
         – Wiedziałeś.
         – Tak. To proste. Jasne, że wiedziałem to od pierwszej chwili. Przypominasz ją. Nawet nie wiesz, jak bardzo jesteście do siebie podobne.
         – A ty przypominasz jego.
         – Więc co się z nim stało?
         – To samo co z tobą albo jeszcze gorzej – odrzekła, a uśmiech wykrzywił jej wypukłe usta i zniekształcił twarz.
         – I chciałabyś, prawda?
         – Tak. Chciałabym… Móc… Chciałabym potrafić zostawić to wszystko, wziąć dziecko i jechać do niego. Choćby do Australii.
         – Twoim zdaniem to byłoby piękne?
         – Nie – odparła stanowczo i zdecydowanie. – Po prostu wilgotne.
          I odeszła. Ponownie zagubiła się w przestrzeniach sterylnego domu. Znikła. Wróciła niebawem, zanim znów sięgnąłem. Tym razem po whisky. Znów stanęła w drzwiach niczym złudna nimfa w bursztynowej bramie do złudnej krainy. Teraz była wymyta i naga…

         Rok później Zyga zszedł w podziemia
         londyńskiego metra
         Nie wrócił…
         Popłynął po niebie na spływ do Zairu
         Jedni powiadali, że posiadał wrogów
         Ja twierdzę, że nie miał nikogo…