Stąpałem samotnie po zdradliwym gruncie, będąc powiedzmy, czymś w rodzaju niechcianego przymrozku. Czymś jakby w gatunku natrętnego przymusu. Zmieściłem się. Podobno zamknąłem swoją skromną, nietypową wizję, w tak zwanych kategoriach niechcianego nurtu. Obijając się przy tym o polarne zorze i mroczne bieguny, rafy i góry lodowe, o arktyczny ocean i o jego lodowate, statyczne pancerze. Żeglując po mętnych i spienionych wodach, nie miałem w nich przyjaciół ani sprzymierzeńców. Tylko nagie, niebotyczne skały i spękane, nieprzyjazne ich pionowe brzegi. Przyznam, że fascynowała mnie ta prywatna, chaotyczna wojna i tabula rasa, erupcja i masa szarego wulkanu i droga wypalona w pojedynku z nim. Nie wydoroślałem na jej popielisku, bo nie chciałem zapewne, dzięki ludziom, w nawiasie cudownym, i Bogu – koledze – na moje nieszczęście. Byłem wyczerpany w ulotnej materii, znużony konsystencją przebrzmiałych miesięcy i podbity przez moją bezcenną bezsenność, przez apodyktyczną, dotkliwą, wyniosłą samotność. Musiałem niechcący znów ruszyć przez życie, ku pieniądzom potrzebnym na światło i gaz. Podjąłem zatem tak zwane działania niestety praktyczne i zdobyłem kolejne, eleganckie w tym życiu zajęcie. Napawało mnie ono tą sumienną trwogą i zuchwałym, organicznym wstrętem. Podjąłem się haniebnie międzyludzkich stosunków, poddałem gorliwie dyscyplinie niedorzecznej pracy, usiłując – chcąc nie chcąc – przecież godnie żyć. Dźwigać się z niedorzeczności swojego bankructwa i swojego losu, choć nie pozbawiło mnie to zapewne, odrobiny zdrowego w tym względzie rozsądku. Rzeczywistość z wolna powstrzymywała mnie wreszcie w tępym przemierzaniu terenów i gruntów, na których skłonny byłem się z nią spotkać. Gwałciła, wkomponowując w tak zwaną stateczność, w obcy mi, schematycznie regularny tryb. Ale byłem jedynie utkwionym pozorem stojącym za sklepową ladą, bo naprawdę, wszystko złe potoczyło się tak, że świat niemalże cały, znużony brakiem w nim samego mnie, on sam począł naglić się ku mnie i ku mojej mamonie. Niebawem miałem wnikliwie przyglądać się pojmanemu życiu, które na szary sznur płodnego ogonka nanizało małe, ludzkie, zmęczone paciorki zerwanego różańca. I rosło we mnie przekonanie, że nie potrafi świadczyć nikt, kto nie był dla nich ekspedientem. Wnikałem w ten z pozoru tak stateczny świat, stawałem się jego nierozłączną częścią, widziałem, jak mnożą się małe, maniakalne dramaty, ich codzienne ubóstwo i jak gubi się i zatraca ich niezwykła treść. Ci, którzy z nimi przychodzili spowiadać się do mnie, funkcjonowali jako moja własna, rozbełtana krew. Nieświadomi stawali się osobliwymi przyjaciółmi losu, bez żenady wysysając mnie. Starałem się ich w jakiś sposób niezwykły pozyskać, powitać i na wejściu natychmiast ugościć. Przytulić, a czasem, nawet pocałować skrycie. Chociaż bałem się ich. Byłem bowiem ja potrzebny im,  wiele bardziej niźli oni mieli być potrzebni właśnie mnie. W tej utajonej wręcz przyjaźni, w tym bezpośrednim obcowaniu, gubiłem bezinteresownie pychę. Stawałem się na powrót jakby bardziej stabilny, doniosły, jakby bardziej otwarty, jakby bardziej czuły.
         Przez pewien czas byłem niejawny i nieobecny, zanim dowcipnie przeszła mi przez drogę. Wybyłem przecież kartkować życie. Kluczyć w wycinkach zdarzeń, kodować je i niweczyć. Kojarzyć i domagać się własnej drogi – splątanej, subiektywnej – do własnego Boga. Ten czas wypełniła bez reszty wyłącznie praca fizyczna, odciążając niejako mój przegrzany mózg. Żmudna, nielekka oraz popisowa. W najlepszym wydaniu. Z zakrzepłą pod paznokciami krwią, z czyrakami w przemęczonych pachwinach, ze spękaną cerą przepoconych nóg. Z kradzionymi chwilami na problemy z wszechobecną policją, włóczenie się, marzenia, ciągłe rozmyślania oraz masturbację – szybką niczym higieniczny zabieg. Nie byłem bowiem żądny kobiet w niejasnym posiadaniu tego, co popychało mnie w znerwicowane wizje świata, co ponaglało z dawien dawna, kazało spieszyć się i biec. Przemieszczać z mściwą świadomością tego, że kto rozpędził się choć raz gdzieś na społecznym marginesie, już nie zatrzyma się przenigdy.
         Degradowałem się z uporem. Dźwigałem życie ponad siły, próbując podskubywać go. Traciłem dystans oraz miarę. Wręcz ocierałem się o łzy. Przesadnie urągając mu, gdy jak zwinny kurczak nie dawało się złapać.
         Zyskałem to, że osiągnąłem koniec końców, niezbędny dla mnie zasób zmęczenia, który polecił wracać mi na te obszary, pod prąd bezbożnych pobożników, taszczących niepodmyte dupy – niczym gałgany opryszczone – ku bramom dumnej Europy. Wracałem zatem demokratycznie, w pełnej poświacie, na te połacie gnuśnego kraju, tam, gdzie żarliwie chciałem świadczyć, tam gdzie uparłem się lekkomyślnie jeszcze przed laty, czyniąc to mężnie i rozlegle, jak wielu z tych, którzy polegli już przede mną. I zagmatwany w zasobach ludzkich, rozpisywałem się o zjawiskach, popadłem w banał z subtelną nutą mojej sympatii, z moją ironią i nakazem, z własną, prawdziwą i egotyczną – o której mowa – splątaną drogą do Pana Boga. Z taką, na jaką tylko rzetelnie było mnie wówczas stać. W pozorowanym poszukiwaniu ofert pracy, znów powracałem do przegryzionych przyzwyczajeń. Włóczyłem się po dobrze znanych mi okolicach. Pielgrzymowałem. Spamiętywałem obserwacje. Nieobliczalnie lgnąłem do ludzi, by jeszcze raz spróbować żyć. Egzystowałem w stanie wierności i uczciwości wobec nich i jednocześnie osiągałem ten dobrze znany mi stan zdziczenia. Byłem pasywny, a jednocześnie szukałem konfrontacji z życiem. W chwilach znudzenia i depresji bawiłem się codzienną prasą, gdzie panoszyło się, jak zwykle zmiecione z ulic, publiczne chamstwo, wiejski styl bycia, gabinetowy termin „biznes”, braki w szacunku, zwyczajna podłość i bezkarność i prymitywne w niej złodziejstwo. Słowem „Kukuła”. Nasza słowiańska. Już nie ta obca, lecz rodzima. Niezmordowana, tłuściutka pupa i jej odchody, co dla niektórych nie do zdzierżenia. Więc próbowałem komponować. Usilnie. Żeby mnie czasem szlag nie trafił, przeciwstawiając własny los i wobec gnoju własny gnój. Bo mówiąc szczerze, jedynie to tak mnie urzekło, w tym wyczuwalnym nadmiarze śmieci.
         W tępej harówie nad lenistwem, w zgryźliwej nad tą wadą pracy, sięgałem szczytu przekonania, że próżniak jestem niezmącony, lump i najleniwszy punkt na globie. Postacie były nierzetelne, jakby mijały mnie gdzieś bokiem, były niechwytne i nieczytelne, nazbyt jałowe jak na moje wyuzdane ambicje i wymazane jakby na twarzach, gdy z konsekwencją i uporem eksponowałem wyłącznie siebie.
         Miałem kłopoty z koncentracją. To rujnowało mnie od wewnątrz i powoli już, bez przeszkód, zaczynałem się tlić. Przerażała mnie perspektywa, by ponownie wydźwigać się dokądś i ponownie wznieść. To znów nadchodził kolejny kryzys w mistycznym paśmie kryzysowości, a częstotliwość jego rosła. Był potężniejszy niż wszystkie te, które pozostawiłem dotąd za sobą. Ta rozedrgana powtarzalność niepokojąco świadczyła o tym, że to jest struna, której wysoki, dźwięczny ton, nie przebrzmi, zanim nie złamie się i nie pęknie. Wówczas intuicyjnie zrozumiałem, pojąłem jako prawdę oczywistą to, że wkrótce musi zdażyć się coś, co skłonne będzie przewartościować mnie raz jeszcze. Zakręcić mną znów jak tęczowym bąkiem. Że spadnie tęczo-stwórczy deszcz i sprawi, że raz jeszcze zdołam się wpisać w obraz świata, chociaż najwyższa jego wartość nie nauczyła mnie pokory ani szacunku, jak niewątpliwie była powinna. Nie szacowałem nigdy przyszłości. Mój wynik zwykle równał się zero.
         Świadomość ta, uciążliwa zresztą jak mniemam, którą przyszło tak niepokornie mi znosić, tym razem schwyciła istotny kształt. Twórczy. Który pozbawiał mnie ułomności – tych w liczbie mnogiej – gdzieś w niedalekiej dla mnie przyszłości. Kształt niepozorny i odległy o nieuchwytnych jeszcze proporcjach, który zbliżał się z każdą nowo nabytą chwilą. Wychodził jakby naprzeciw mnie, skracając do siebie tę odległą drogę. Materializował się w sposób niezwykle dostojny. Wyczuwałem już jawną jego obecność, kojącą obecność czegoś, co miało dopiero nadejść, nastąpić, przyjść.
         Tymczasem, póki co, uległem potrzebie wyizolowania. Oddałem się kanonom zuchwałej samotności i zobojętnienia. Czynienie czegokolwiek przychodziło mi z upiornym trudem. Wszystko toczyło się zrządzeniem losu, według jego nieodmiennych reguł. Nie brałem w nim – mówiąc szczerze – żadnego udziału. Byłem niespołecznym człowiekiem marginesu, aspołeczną kutwą oraz absurdalną personą non grata. Ogorzałym pragnieniem pośród zbiorowości niemającej pragnień, elitarnym sumieniem, którym piętnowałem wszechobecną masowość. Ciemną, wszechmogącą, tchórzliwą pospolitość.
         Niewątpliwie tym zrządzeniem losu było właśnie to, że po wielu miesiącach spędzonych sowio na szukaniu pracy, końcem zimy zdobyłem abstrakcyjne zajęcie. Nająłem się w handlu typ wielobranżowy w charakterze pana ekspedienta bez kwalifikacji. No cóż! Praca dobra jak każda, zważywszy, że ponoć nie hańbi – za to otumania! Tej z założenia wielobranżowej instytucji przewodzić miał niejaki Uryniak oraz jego spółka. Tak przynajmniej obwieszczał to napis podatkowej księgi, ostentacyjnie rozpoczynającej działalność tej niewielkiej handlowej placówki. Określanej dumnie mianem przedsiębiorstwa wielobranżowego. Nie przypuszczałem nawet, że zdołam zrzucić się w tak osobiste piekło, wystawić się znów na powszechny użytek. Eksperyment, który raz jeszcze zmusi mnie do morderczej aktywności. Wokół mnie przecież był mój własny świat. Surowy. Zaakceptowany. Brudny. Zakurzony. Pełen rozrzuconych, pomiętych papierów i pustych butelek. Kopiastych popielniczek i plam z atramentu. Świat niedożywienia. Spleśniałego chleba. Świat bez sennych marzeń i nocnych polucji. Niestabilny. Dychawiczny trajkotem pożyczonej maszyny, w którym tkwiłem pośród okopconych ścian, późną nocą w babcinym, jak świat, steranym fotelu, puszczając regularnie w głąb bąka za bąkiem. W przerwach przepalałem mocnym papierosem, bo dbanie o zdrowie mierziło mnie zawsze, uwłaczało mojej nadętej godności. Nie zajmowały mnie nigdy interesy własnego żołądka, tym bardziej interes pewnego prostaka, skarlałego pajaca, który miał niebawem zostać moim samozwańczym szefem. Uwikłanym w regularne posiłki z rodziną, po których gremialnie napinano zdrowe, chłopskie odbytnice. Dla mnie wyłącznie liczył się wynik. Nic więcej. Nic ponadto. Choć wynik – jak rzekłem – zwykle równał się zero. Zatem wchodziłem w pozorny świat czystych posadzek, co tydzień mytych okien, trzepanych dywanów, w samotność polerowanego, ozdobnego szkła, w świat tandetnych obrazów, marmurowych kominków, w których nigdy nie zapłonął ogień i w całą tę ponurość wieśniackiego blichtru. W świat, który okazal się ciemnym kurnikiem, pełnym pożółkłego pierza i kurzego gnoju, gdzie w ponurej scenerii zrodził się mój kolejny etap w doświadczaniu przejawów połyskliwej strony intymnego życia, za którym uganiałem się jak zawsze co nieco przesadnie, ze szkodą dla własnego psychicznego zdrowia.
cdn