To o czym miał mi za chwilę powiedzieć, przekraczało pojęcie człowieka stworzonego z poczucia miłości. Wykluczało powszechną definicję grzechu i kłuciło się z naturą istnienia. Przygnębiało swoim powszechnym nieszczęściem. Ale przecież nie mogłem nie przyznać mu racji, bo rozmyślał o rzeczy realnej, o realistycznych skłonnościach do sprawiania bólu i to w sposób taki, o którym Stwórcy nawet się nie śniło. O zachłannej innowacyjności, jaką to potrafią wykazać się ludzie w obdzieraniu bliźniego z nadziei, w zadawaniu cierpień, w pozbawianiu życia. Miałem poczuć jak grunt ludzkiego przetrwania obsuwa sie pod moimi stopami, i usłyszeć jak ta święta ziemia rozstępuje się z hukiem, by pod jej zwałami, które stanowiły podwaliny Boskiego projektu, uświadomić sobie zaraz w chwilę „po”, to z czego nikt nie chce zdawać sobie sprawy jeszcze chwilę „przed”, zanim zaraz „po” będzie miało być na wszystko stanowczo za późno.
          – Moja matka – mówił – powtarzała przy każdej, sposobnej okazji, abym przestał bluźnić, bo skończę w płomieniach tak samo jak ojciec. To wspomnienie irytuje mnie i wzmaga obawę, wciąż tę samą, palącą mnie myśl, że nadejdzie czas w historii ludzkiego gatunku, kiedy właśnie za bluźnierczy stosunek do świata, sfanatyzowana do perfekcji awangarda „bogobojnych” stworów, w swoim niepochamowanym szale stanowienia prawa, wdroży w życie pomysł na wyroki śmierci. za pomocą mini wybuchów jądrowych. Chciałbym znaleźć  niezachwianą pewność która temu przeczy, lecz niestety nie znajduję jej. Chciałbym wierzyć, że ten podły świat jest w stanie dać świadomy odpór, ale z każdym dniem, tracąc życie, tracę wiarę w ludzi i dopuszczam stanowczo możliwość takiego stracenia. Ono to przemieni ostatecznie w kres, tok rozważań w sprawie miłosierdzia. Niegdyś jako chłopak, za przydługie kłaki, zbierałem na plecy milicyjne pały, ale jednocześnie za te same, manifestacyjne pozory wolności, odsyłano mnie z kwitkiem od konfesjonałów wyzywając od małp i pradawnych ludów. I choćby dlatego ciężko jest mi żyć, i wierzyć w pobożne intencje dobrego człowieka. Ludzka pycha nie przestrzega granic. Człowiek kocha zastępować Boga. Coraz prężniej lubi go we wszystkim skwapliwie wyręczać. Życie z własnej hańby oraz z własnej woli, samo z siebie niebawem ogłosi się Bogiem, a to o czym teraz myślę, zapewne odbywać się będzie, w specjalnie w tym celu stworzonych kapsułach do spalania śmieci. To będzie kolejna „ustawa śmieciowa”, wprowadzona w życie z zachowaniem przyjętych standardów, uchwalona poprzez aklamację i przytakiwanie, która z założenia będzie miała ograniczyć dostęp cywilnej ludności do nieba. Dolegliwość kary skupi się nie tyle na utylizacji skazanej jednostki, co na pozbawieniu śmiecia nadziei na jego wiekuizm, by w ten zmyślny sposób, detonując duszę, przerwać jego wieczność, na zawsze odebrać mu Boga. I wyczuwam co gorsza, że jest to realne, że to przy pomocy takiego zabiegu, ludzki amok pokusi się o to, by spróbować zerwać atomowe pęta, które w jedną całość spajają duchową konstrukcję człowieka. Przypuszczam, że w ten właśnie barbarzyński sposób rozpuszczono w niebyt wszystkie dusze, ludzi z epicentrum Hiroszimy oraz Nagasaki. A zatem – zamilkł, wstrzymał oddech, potem uniósł głowę, uśmiechnął się szpetnie i stwierdził złowieszczo: -„Człowiek”. To brzmi durnie. Jestem pewien, że ludzkość jest zdolna zdobyć się i na takie szaleństwo, bo śmierć w jakiej by do nas nie przyszła postaci jest potęgą bytu, nieodzownym elementem wszechwiecznego życia. Ludzie doświadczając swego przeznaczenia, z reguły kierują się próżnią i strachem, a nie miłosierdziem czy sprawiedliwością. Sprawiedliwym jest On. Miłosiernym Bóg. A ludzie to nie są grzesznicy lecz jedynie zatwardziali tchórze. Każdy grzech swój początek wywodzi z tchórzostwa. I chyba dlatego wszyscy czują się od zawsze tak bardzo zmęczeni, niemal zdruzgotani życiem, bo pojęli, że zbyt łatwowiernie zmarnowali siebie uwzględniając bezkrytycznie w swych pojęciach Boga. Nie poradzę, że i mnie bolało codzienne zmęczenie i że tak jak Bóg odczuwałem potworną samotność. A to bardzo źle. Każdy człowiek powinien postarać się w życiu przede wszystkim o to, by nie być samotnym i nie być zmęczonym, ponieważ zmęczenie to jest właśnie pierwszy krok do piekła. Wzmaga obojętność nawet na własne, codzienne potrzeby, co dopiero na potrzeby i cierpienia innych. Niewygodnie jest żyć w narzuconych przez życie kategoriach losu. Aby godnie żyć trzeba umieć myśleć w kategoriach wieczności. I dlatego właśnie chciałbym móc o nich na wieczność zapomnieć, bo nabrałem stanowczego przekonania o tym, że obcuję z obłędem a nie z absolutem. Że mam do czynienia jedynie z prostackim sposobem spożywczego przetwarzania białka. Odsysania z życia za pomocą rury wykonanej z próżni tej energii pod postacią ducha, uchodzącej z ludzi w godzinie konania. Że ten zlepek witalnych ładunków, które spaja człowiek jest jak pajda chleba, niezbędna nadrzędnej istocie kosmosu do wiecznego życia. To potencjał, który musi zatroszczyć o siebie się sam, wykarmić nadzieją na potrzeby całego gatunku, na czym trwoni swój pobyt na ziemi. Człowiek żyje jak kosmiczne zwierzę, którego istnienie uzasadnia potrzeba wykarmienia innych. Jakiegoś wyższego podmiotu, stanu trwania, duchowego układu istnienia. Ludzie to potencjał niezbędny do życia kosmosu nazwanego Bogiem. Ziemia i te inne nieszczęsne planety tak ochoczo obdarzone życiem, są jak gigantyczny zakład produkcji żywności, a my wszyscy tu, kolebiąc się w tej schizofrenicznej kolebce istnienia budujemy wszechświat jakiego nie znamy, jako jego niezbędny inwentarz liczymy na cud, którego istnienie uzasadnia zapotrzebowanie na jadło dla Boga. Nic nie dzieje się w życiu z przypadku, z miłości ani z dobrych chęci. Ani w tym, ani w żadnym innym układzie przetrwania. W żadnym innym zaścianku kosmosu. Dobre chęci składują się w piekle. Kapitalizm pochodzi od samego Boga i tak samo jak on z konieczności losu potrafi być zimny, logiczny, pazerny i wściekły. A nam się wydaje, że to Bóg wie co. Jakieś wielkie mecyje. Strażacka orkiestra. Jakieś trutu tutu. Jakiś barwny festyn na wolnym powietrzu. Kiełbasa na kiju. Wata na patyku. Życie trwa bo jest w nim naiwność i przezorna potrzeba ciągłego dostatku. To naiwność zmusza nas do życia, a nie żadna wiara, nadzieja i inne pierdoły czy smętne, miłosne uczucia. I o tym jest lepiej po prostu nie wiedzieć. Lub udawać, że się tego nie wie, zanim życie zmieli cię na pasztet wieczności.

         Zszokowany jak świnia pod globalnym prądem, poczułem zaglądając w bursztynowe oczy, że nic nie przydarza się w życiu dwa razy. Rozpalił mój umysł kładąc akcent na ten ważki fakt, że jego świadomość przemija wraz ze mną, że przebrzmi ułomną pamięcią, jeżeli po drodze nie znajdzie się ten, kto osadzi go w swoim wspomnieniu na przekór realiom surowego życia. Pozwoli mu trwać, lecz nie egoizmem trwania, ale ludzką potrzebą opisania się. Zaistnieć, reliktem przeszłości wzbudzonym energią drugiego człowieka, utwalając się w nim swoją pierwszą osobą. I we mnie i tam poza mną, w meandrach wieczności. Bo to właśnie ten ja, jako jego przygodny towarzysz pozyskany fuksem, miałem oddać mu tę niewielką przysługę, aby zdać egzamin ze swojego życia. I nie tylko po to, by wykazać człowieczeństwo względem kogoś, kogo już nie będzie, ale również  po to, abym sam mógł ukształtować siebie, przygotować się na własną śmiertelność z której życie i mnie przybędzie wyleczyć. Przed moimi oczami przemijała mozolnie mizerna kreacja Mariana a świat, który go od podstaw stworzył i kształtował, pochylał nad nim swój złowieszczy, rozczochrany łeb, przytakując skrzętnie jego przemijaniu. Ubliżał mu, dręczył go i bolał. Poruszał do głębi i jego i mnie i te całe rzesze pogubionych nas, tych wszystkich zawieszonych swoim życiem w próżni, między ziemią a niebem, między nocą a dniem, między fałszem a prawdą, między dobrem a złem i tak dalej i dalej i temu podobne…
         Myślałem o sobie. Dlaczego nie ja? Taka śmierć, przez los przedsiębwzięta podstępnie, nagle i pochopnie, mogła przecież trafić się każdemu. Bo z punktu widzenia Tworu, który będzie nas – według Mariana – spożywał, najprawdopodobniej jest mu obojętne czy to ma być on, czy też może ja i czy byliśmy na nią gotowi czy nie. Czy byliśmy dobrzy. Czy byliśmy źli. I czy dokonaliśmy trafnych wyborów. Nasza spowiedź z życia, w kulinarnej perspektywie czasu, dla papającego nie powinna posiadać większego znaczenia, gdy nadchodzi pora zaspokoić machinalny głód. Ciągnąc wątek wyobrażam sobie, że w przeciwnym razie w historii człowieka, nie byłoby miejsca na pożogi wojny, a jej tragizm nie zamieniałby się raz za razem w powojenną farsę, wiodącą w kierunku powtórki z rozrywki. Widać każdą przemoc da się uzasadnić nadrzędną potrzebą przetrwania, a masowy zgon wytłumaczyć pospolitą kwestią podniebienia oraz złego gustu. Widać takie muszą być pokarmowe podstawy wszechświata, dosmaczone słuszną porcją soli wypreparowaną z ocalałych oczu, pozyskaną z życiorysów bliskich sobie i bezsilnych ludzi, którym jakimś cudem udało się przetrwać za cenę cierpienia. Pod nogami piach ziemi. Ponad głową pył ułożony z gwiazd. A przed nimi ciąg dalszy – sól kosmicznej kuchni i cynizm  przetrwania, które operują światem.
         To bujda, że człowiek jest w stanie umrzeć wiele razy. Ewidentnie. Bez picu. Na zawsze umiera się raz. Skłaniać się ku śmierci a konkretnie zdychać to nie jest to samo zmartwienie człowieka. W tym pierwszym przypadku świadomość podlega astronomicznemu mniemaniu o sobie, za to w drugim jednoznacznie znika. Traci swoją Boską moc. Człowiek pożerany przez ideę Boga jest jedynie raz. I Marian to wiedział. Pojmował, że to czym jest Bóg, nie może przydarzyć się nigdy dwa razy i sprawiał wrażenie człowieka, który był od dawna gotowy na tę ostateczność. Nie wzbraniał się przed nią. Nie oganiał z dokuczliwych myśli. I nie wzdrygał na wspomnienie Boga. Uchodzącym życiem wypowiedział w mojej obecności to co uznał za piękne, stosowne i słuszne do wypowiedzenia. Czuł ulgę, bo wiedział, że więcej powiedzieć się nie da. Rozumował, że po swojej śmierci nie będzie czymś nowym ani absolutnym, lecz tylko czymś różnym od tego czym był. Niewypowiedzianym elementem życia. I tym faktem może nie był zachwycony ale nie był również i rozczarowany. Z pełną świadomością akceptował go.
         – Stanę się niebawem odżywczą substancją. Mańkiem witaminą. Pokarmowym ułamkiem energii. Układanką nowych możliwości życia. Ekspresją zamkniętą w tym samym układzie istnienia. Ujednoliconą, pożyteczną masą jakiegoś mikrego kawałka kosmosu, który stworzy w przyszłości jakieś nowe gwarancje na życie, nową generację piękna – wymądrzył się na krótko przed zgonem.
         Przyznam, że nie bardzo rozumiem to, co skrywał pod pojęciem gwarancji i piękna skoro sam był gwarancją szpetoty. Tłumaczę to sobie jako apel do mnie o to abym go od czasu do czasu przywrócił wspomnieniem do życia. Do tych miejsc w których był obecny i zakorzeniony, do tych krótkich chwil z okresu dzieciństwa w których czuł się piękny. A może to tylko agonia. Może widmo nadchodzącej śmierci zaczynało odbierać mu rozum emanując pojęciami piękna. Tego nie wiem.
         Wiem natomiast, że to, co frapowało go pozostając w bezpośrednim związku ze szpetotą życia i wzbudzało w nim kpiarską aurę i ciekawość, to był demon odchodów.
         – Jak myślisz? – zadał mi pytanie. – Czy wieczność chłonie pojęcia i dusze w sposób bezresztkowy, czy może wytrąca z nich kał?
         Tę oto osobliwą kwestię pozostawił na pamiątkę mnie, ale ja nie miałem odwagi aby zgłębiać wartości czyjegoś odbytu, choć przyznam, że zapadł mi w pamięć tym swoim pytaniem, że za każdym razem kiedy patrzę nocą w rozgwieżdżoną przestrzeń dostrzegam w niej pupę z której wyślizguje się krnąbrna część postaci Mariana, lecz ten widok poza szczerym śmiechem, nie wzbudza w mej duszy szczególnych emocji. Sądze tylko, że pytanie Mańka nie było złośliwe lecz było natury stricte estetycznej, związanej raczej z pewnym uciążliwym dyskomfortem życia, Podejrzewam, że nie miał obiekcji przeciw wydalaniu i nie miał pretensji, że będzie jedzony, bo sam przecież lubił suto zjeść i popić. Więc tym samym nie posiadał żalu ani do robali, ani Hegemona i dlatego myślę, że tacy jak on to pupile Boga, bo umierał jako ten kolejny egzemplarz, w pewnym czasie racjonalnie pogodzony z życiem, zdając sie tym samym bezstresowo na wyroki Boskie. Maniek nie snuł na wieczystą przyszłość zawiłych refleksji ani wielkich planów śmiertelnie chorego na życie człowieka. Wypowiadał jedynie obiektywne stwierdzenia a kwestie bytu i odbytu były bliskie sercu ale obojętne. Zgłębił w swym umyśle swój przepis na stabilny świat i było mu dobrze z tą myślą, że śmierć go nie rusza bo świat go nie boli. Nawet wówczas gdy dał znać o sobie ordynarny smród, przeżartych wnętrzności, który intensywnie zaczął wydobywał się z jego przełyku, dalekiego od tego czym był jego mózg. Wtedy, kiedy nikt już nie był w stanie uczynić ponownie z Mariana człowieka. Ale Maniek nie pragnął wskrzeszenia. Pragnął towarzystwa, bo Maniek nie umiał być sam. To był właśnie jego lęk przed śmiercią jaki niósł ze sobą poprzez całe życie, bo dobrze to wiedział, że pod czapą śmierci skrywa się bezwzględna pustka i samotność, a on zawsze żle znosił kwestię samotności. Gwar i ciągłe towarzystwo ludzi było mu bezcenne. Dodawało odwagi i pewności siebie chociaż sam był cichym i skromnym człowiekiem.
         – Każdy potrzebuje przyjaciela na wszelki wypadek – oświadczył nim zasnął. – A ja nigdy nie miałem prawdziwych przyjaciół. Śmierć bez przewodnika – mówił patrząc w sufit – to zemsta za grzechy bluźnierstwa.
         Potem dowcipkował jeszcze, że to przez minetę, że to wszystko przez ten ulubiony sposób w jaki okazywał swoje przywiązanie i miłość do kobiet.

         Tymczasem rozciągnięte w czasie umieranie Mańka pozwalało ludziom oswajać się z jego absencją. Studziło niezdrowe emocje, uwzględniając jego niechybne zniknięcie na najbliższą przyszłość. Szef niewielkiej firmy, w której Maniek przez lata fizycznie doginał, poszukiwał intensywnie kogoś na Mariana miejsce, twierdzając, że już dawno powinien był starać sięć o to, by wymienić go na nowszy egzemplarz. Zaś koledzy z pracy, kumple od kielicha, jakby nigdy nic, spożywając wódkę planowali stypę za życia Mariana, spierając się przy tym w alkoupojeniu o wysokość składki na jego pochówek. Mówiąc sobie zatem szczerze i otwarcie, życie kładło z wolna na Mariana lagę. Tylko ja, jakoś nie robiłem nic, żeby go pochować. Miałem wobec niego inne, dokładnie odwrotne, uczuciowe plany. Musiłem być trzeźwy by móc słuchać i musiałem żyć, bo czułem, że po cichu Marian liczył na mnie. Oczekiwał nieśmiało abym się nim zajął. Spodziewał się, że nie będę tchórzem i dotrzymam mu kroku do samego końca a następnie postaram się ze szczerego serca – tak jak umiem – opowiedzieć go. Nie mam takiej niezłomnej pewności lecz wydaje mi się, że byłem jedynym jego towarzyszem, chociażby dlatego, że to mnie przypadek obdarzył jego towarzystwem a natura tą rozległą wadą do współodczuwania oraz współistnienia z ludźmi. A nawet jeżeli nie miał mnie za przewodnika to z pewnością zasłużyłem sobie na to, aby ostatecznie zostać jego świadkiem. Sprawozdawcą jego przemijania, choć do końca nie zdawałem sobie sprawy z entuzjazmu z jakim znikał ospałymi krokami intelekt Mariana. Z tą niespieszną, lecz żelazną konsekwencją życia Bóg pomału zaczynał dźgać Mańka widelcem a ja chciałem napluć Panu Bogu w talerz i zasklepić mu tyłek osinowym kołkiem by skutecznie obrzydzić apetyt na Mańka, tracąc przy tym sam apetyt na życie. Ale żeby umrzeć też od czegoś przecież trzeba zacząć. Bo człowiek ot tak po prostu nie powinien znikać.

          Marian zasnął. Wyszedłem odsączyć dziobaka. Była siódma rano. Środek lipca. Pełnia upalnego lata. Słońce wybiegało spontanicznym blaskiem na pusty korytarz. Za oknami rozpędzało się życie. Ambulanse zwoziły pierwsze tego dnia ofiary wypadków. Wstawał nowy dzień. W głębi, nieopodal męskiej toalety, ponad solidnymi drzwiami dzielącymi długość korytarza na dwie równe części, dyskretnie żarzyła się czerwona lampka.
         -„Na Wojtusia z popielnika iskiereczka mruga” – przeszło mi przez myśl. A kiedy wróciłem zwarte stadko pielęgniarek otaczało wiankiem martwe ciało Mańka. Przybieżyły jego anielice od pierwszej komuni. Spod ich białych pokrowców ulatniał się dynamiczny zapach ich młodych pośladków i parował śluz z pomiędzy wilgotnych, ich łonowych piór.
         -„Już ci Wojtuś nie uwierzy iskiereczko mała. Chwilę błyśniesz, potem gaśniesz, ot i bajka cała” – ponownie przebiegła przez myśl kołysanka. – „Cyt… iskierka zgasła”…
         Zabolało mnie. Tak mocno jak tylko mnie mogło zaboleć. Pomyślałem o życiu jako o tym, które preferuje ogrodowe krasnale i natychmiast zrugałem się za to, że nie miałem odwagi wybrać sobie takiego zajęcia. Robota to żadna a czas przecieka ci lekko przez palce, życie płynie leniwie, łatwo i beztrosko. No i przy okazji zawsze można skutecznie coś na boku użebrać. Bez większego ryzyka oraz konsekwencji. Co najwyżej od czasu do czasu oleje cię pies. Ale z tego łatwo można się wylizać. Choćby za pomocą węża. Ale przede wszystkim to zajęcie ma taką zaletę, że można odpuścić sobie raz na zawsze, coś takiego co nazywa się mózg. Wystarczy posiadać wyrazisty łeb, zalany betonem zbrojonym kolejową szyną. O! I przestało boleć…

         Pod poduszką Mariana znaleziono kopertę zaadresowaną do mnie. Wewnątrz znajdował się niewielki skrawek szarego papieru z prośbą zapisaną starannym, wyrobionym, regularnym pismem.
        – Proszę – pisał. – Powiedz wszystkim niech się odpierdolą od moich organów… 

                                                                        Pamięci Wincentego „Cusia”