Żeby umrzeć, też od czegoś trzeba będzie zacząć. Tylko jak się za to zabrać i kiedy zaczyna się to zaczynanie?
         W szklance wody smużą się krople atramentu, a perpetum dźwięku nalega pełne niepokoju, bym po śmierci potoczył się dalej. Nie zapadał w otchłań nieczynnych zegarów, lecz wychynął na świeżą nawierzchnię, z czarnego motywu, niczym z kapelusza o podwójnym dnie. Ti dą! Ti dą! Oto jestem!
         Rozległa równina samotności, ciągnie się przede mną w nową nieskończoność i pustką faluje przegrzane od wspomnień powietrze. Oko wykol. Uprzątnięty blat stołu i ja w pojedynkę, rozkładam na nowo ramiona i moje manele, gotowy oblać kolejny egzamin ze swojego życia. Przymierzam się żartem do drogi. Moja ścieżka znów wypłyci się dziewiczym strumieniem świadomości, esencja atramentu przywróci arbitralną mądrość umysłu, ponowną spiralą zdolności uaktywni wznowioną tożsamość i popłynę, rytmem nieznanych mi jednostek czasu i wydarzeń, przymuszony trwać wiecznie, jako nowy ornament i pozór chorej wyobraźni Boga…
         Świat położy mi akcent na słowie „zmuszony” i to nie jest konfortowa perspektywa na rozległą wieczność. Bo może nam wszystkim potrzebny jest kres, ułożony w zasłużony spokój, zamiast łaski istnienia, z jego niedociągnięciami, wadami i bylejakością, z tą popędliwością z jaką każdy z nas buduje swoje małe, osobiste piekło pod tytułem Ja…

         Kiedy Marian upewnił się, że rozpocznie znienacka umierać, oznajmił mi to wyważonym, obojętnym tonem, pełnym przekonania i głębokiej refleksji nad początkiem końca, ze spokojem takim, jakby robił to już wiele razy w życiu, choć ta absurdalna przypadłość człowieka przydaża się przecież tylko jeden raz… Ale czy napewno?
        – Mam zrobić badania – zakomunikował i obdarzył ten moment perełkami potu, który płynął krętą, ciemną koleiną po jego policzku. A następnie, zabełtał porywistym kaszlem ponure powietrze i oświadczył raz jeszcze, z blefowaną energią i skromną powagą, a może po prostu z klasyczną apatią człowieka chorego na życie:
         – Mam zrobić badania. No popatrz. Żeby umrzeć, też od czegoś trzeba będzie zacząć – zakasłał i spojrzały na mnie, jego wielkie, eliptyczne, bursztynowo –  diamętowe oczy.
          A ja, przypuściłem do siebie tę bezwzględną myśl o tym, że jego stwierdzenie zabrzmiało jak klątwa rzucona bezwiednie na chybił i trafił, losowo przed siebie, padająca wprost pod wychudzone nogi Pana Boga. Tyle, że nie tak, jak soczysty grom, z bezchmurnego nieba, który mu złożeczył, ale jako błyskotliwy argument rozstrzelonych ramion wszystkich cierpień ziemi, wystrzelony prosto z samobójczych ran samego Chrystusa, oprawnego w święte ramy krzyża…

         Marian to był nietypowy typ, bo Maniek po prostu był spektakularny. Tak. Tyle i aż tyle mogę dzisiaj powiedzieć o Mańku, bo znałem go krótko i to bardziej z autopsji a niźli z wzajemnych, pijackich kontaktów. Zbyt krótko, aby spełnić przy nim rolę przewodnika.
         Był okazem na kosmiczną skalę. Niezbadany jak głębia kosmosu, jak ocean gwiazd milczący. Jak sam Bóg, był oszczędny w słowach tak, jakby odkładał je wszystkie na przyszłość i magazynował na spotkanie z Bogiem. Jednocześnie tym swoim, dyskretnym milczeniem, w żaden przykry sposób nie ubliżał innym. Nie drażnił. Nie pobudzał słowem innych do refleksji, zatem nie przeszkadzał bo jedynie słuchał. W tym jego bezgłosie było coś naturalnego i oczywistego, co jest zwykle przypisane życiu. Ale to był właśnie mały atut Mańka. Nienachalny, biologiczny sposób na jego dyskretne, współistnienie z ludźmi…
         Być może dlatego, że w Mańku nie było najmniejszej awersji do świata, w jego zachowaniu nie dało się dostrzec ni ksztyny pozoru, ani cienia żalu, wymówek, czy smętnych pretensji do życia. Bo to życie w wykonaniu Mańka, wyglądało tak, jakby żył sobie bez Boga, nieświadomy tego, że istnieje Bóg, że on jako człowiek, nosi w sobie jego Boży pierwiastek istnienia, że obnosi wraz ze swoim życiem i swoim cierpieniem, jego małą część historii stworzenia. Dotykał jedynie niezbywalnych faktów, czasem szczerych spojrzeń życzliwych mu osób, jeśli takie w ogóle kiedykolwiek spotkał. Bo Mańkowi Bóg nie był do szczęścia nic a nic potrzebny. Bo i po co miałby być potrzebny niepojęty Bóg, komuś, komu wszystko w życiu zasadniczo pasi. W Mańku nigdy nie było konsumpcyjnych zakusów w stosunku do świata, ani tego tu, teraz, który go otaczał, kształtował i odbierał mu siły i zdrowie, ani do tamtego, tam potem, gdzieś kiedyś, być może, poza naszym sposobem myślenia, horyzontem czasu, który póki co, był od niego na tyle daleko, że nie było sensu – skromnym zdaniem Mańka – nie było powodu brać go pod uwagę. Myśleć o nim na zaś, w kategoriach wieczności, wydawało się być co najmniej nietaktem dla osoby Mańka…
         Tylko jeden element historii stworzenia zdominował niepokaźną osobę Mariana. Proza pozbierana z ulic wielu miast, przez które wędrował i przytulna proza wiejskiego gościńca, biegnącego opodal rodzinnej chałupy o której wspominał. Trakt, którego brukiem jako uczeń przebieżał codziennie dzieciństwem do szkoły. Proza małych miasteczek, epizody wsi, w końcu proza gościńców wielkich, miejskich skupisk, rozpalony bełkot, zadufanych w sobie stolic Europy, tam gdzie włóczył się nie raz za pracą, aby ofiarować życiu czasem coś od siebie.
         A był mocno przypisany życiu. Tak jak woda przemieniona w wino, tak jak ciało przemienione w chleb. Bo jego zadaniem było przecież podtrzymywać dzieło Bożego stworzenia, choćby tą fakturą chorym brązem przebarwionej skóry, którą to nosiła jego drobna twarz, o wyglądzie czerstwej skórki z razowego chleba. Był powszedni wyglądem, posny i mizerny, ale swoją niepokaźną obecnością w historii żywota, w jakiś nieuchwytny sposób krzepił innych ludzi i wraz z nimi starał się wykazać odwagą, tylko po to, aby właśnie być obecnym w życiu i bawić się życiem nieświadomy życia, niczym dziecko nieświadome śmierci, która nie robiła na Mańku żadnego wrażenia. Tak jakby to ona miała umrzeć niebawem zamiast pana Mańka…

         Maniek to był facet, co wyglądał po prostu biblijnie. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem Mańka, poczułem się tak, jakby nagle biblijne pokłosie stanęło przede mną. Giovanni z Asyżu albo jakiś inny, zamorzony Święty, przybył niezapowiedziany z mroków średniowiecza, intrygując swoją kuriozalną głową. Bo ten właśnie element Mariana, był częścią kluczową całej jego postaci. Szczudłowata, ekstremalnie żyłowata szyja z przerośniętą grdyką, w towarzystwie ostrosłupów nędznych obojczyków, dżwigała na swojej mizernej końcówce coś, co wyglądało niczym koński, zasuszony łeb z przetłuszczoną, popielatą grzywą. Dopełniała go rozregulowana, bezproporcjonalna, cielesna powłoka a całość wyglądała jak wyobrażenie o początku świata.To był chaos nie do wymyślenia. Ludzie często przystawali na widok Mariana, który im nie ufał. Bo Maniek, ten stary amator, mineciarz nie ufał nikomu. W szczególności kobitom, chociaż dażył je wielką i szczerą sympatią a uczucie miłości nie było mu obce, ale jednostronne. Maniek umiał kochać a zarazem sam nie chciał być więcej kochany. Widać, miłość z zaufaniem w pojęciu Mariana nie chodziły w parze…
         Pewnie komuś mogłoby się zdawać, że Maniek to wielkie nieszczęście kroczące przez życie na glinianych nogach, utrwalone w głębokim wydechu, niczym po zażyciu szklanki spirytusu, z zapadniętą klatą, po kolizji z jakąś inną skalistą, naprutą planetą. Ale nic z tych rzeczy. Nie prawda! Nic bardziej mylnego. Na glinianych nogach, również z dużym powodzeniem można w życiu utrzymać się w pionie. I Maniek był tego najlepszym dowodem, zaprzeczeniem zaprojektowanym w niebanalny sposób z precyzją jaka jest potrzebna do podtrzymywania witalnych sił życia. Krtań Mariana siliła się zatem z przeciwnością losu, prężyła wyzwalając z siebie tak pokaleczone i oślizłe dźwięki, że nie sposób było pojąć sens tego istnienia, który tlił się w kontekście ich brzmienia. Akceptować zachodzący proces, który swoją wypowiedzią w temacie Mariana sięgał już po jego wnętrzności. Nie sposób kojarzyć charczące odgłosy z ludzkim, artykułowanym dźwiękiem by następnie móc wydestylować z niego opisową namiastkę języka. Każda z tych charczących wypowiedzi Mańka była przedsięwzięciem zuchwałym ale ponad siły. Dlatego tym bardziej, każde jego słowo przysparzało światu nie lada emocji, miało swoją niezbywalną moc, niezniszczalną wartość małego zwycięstwa, nie zaś wielkiej porażki idącej gdzieś z głębi małego, ludzkiego kosmosu, niszczonego bezmyślnie przez raka a nie przez alkohol…
         Maniek mówił niewiele, bo był milczkiem z natury a nie z położenia w jakim się znajdował. Obcując z Marianem wielu rzeczy należało się tylko domyślać, spodziewać lub nie po jego osobie a jego niemota niosła z sobą  wyczuwalną dozę samotności, która rozsiewała delikatną aurę smutku w obrębie Mariana. Otchłań czasu otwierała się przed nim powoli i małymi, ale zachłannymi chaustami odbierała mu siły. On tymczasem skupiał się na sobie, milczeniem celebrując życie i mam takie wrażenie graniczące z pewnością, że kochał to życie do ostatnich chwil, jak nikt na tym świecie. A właściwie, adorował tę swoją cudowną nieświadomość życia, z której wyrastała niema osobowość Mańka. W każdym razie, jeżeli rozchodzi się o jego powłokę, śmiało można byłoby potwierdzić, że dospołu wzięci Jaś „Kieliszek” oraz Władziu „Wódzia”, a nawet stu innych, zwalonych na kupę specjalistów od sztuk walki z żywiołem istnienia, mogłoby pobierać u Mariana lekcje wdzięku, aparycji i autodestrukcji…
         Nasz Maniek posiadał koniowaty, ząb na czele facjaty, przy czym ząb Mańkowy, sztandarowy, szarmancki solista, był do szczętu zżółkły oraz porowaty niczym papier ścierny. Ponadto, ten jeden z ostatnich elementów uzbrojenia jego końskiej paszczy, był przesadnie przystojny już z daleka rzucając się w oczy i wyglądał na zbliżeniach tak, jakby był pokryty drobną, rybią, łuską w głębokim odcieniu radzieckiego złota, oraz dla lepszego, świetlnego efektu został pociągnięty lakierem lepkoustej flegmy.
         Maniek kartonami pożerał cygary oraz bez ogródek palił się do wódki, kiszonych ogórków i żółtego sera, jak również do innych przysmaków, w składzie których można było odnaleźć alkohol, a także do ostrych, gorących, pożywnych zakąsek, które lubił pochłaniać tak samo jak jego niechciany przyjaciel, w milczeniu, powoli, z nieprzeciętną starannością oraz z apetytem. Skrytość, wprawdzie była tą wybijającą się cechą Mariana, ale Marian nie znosił być sam. Lubił tęgo zjeść i sowicie popić ale w towarzystwie dobrze znajomych mu osób, a dupczył jak zając. Przedupczył nie jedną wypłatę. A ponadto twierdził, że umie rysować:
         – Nie jedną już przerysowałem – przyznał kiedyś w przypływie pijackiej szczerości. – A i dzisiaj jeszcze chętnie bym rysował – dokończył, lubieżnie eksponując ząb, a następnie zagaił siedzącego obok, młodego człowieka, który jak mógł wzbraniał sie od ostrego picia:
         – Smyku! Ile ty masz lat? – zapytał go Maniek.
– Dziewiętnaście, proszę pana Mańka. Niedawno skończyłem  – odparł hardo budowlany smyk.
         – W twoim wieku młodziak – wibrującym głosem, nieoczekiwanie wysłowił się Maniek – miałem dwa bachory. Jak człowiek jest młody – snuł refleksję z trudem – to ma jedno w głowie. Nic, tylko by dupczył. Chodzi… Kombinuje co też to ta baba ma tam pod spódnicą. A potem okazuje się, że to zwykła pizda. Mówię ci chłopaku! Posłuchaj starego… Nie żeń się za prędko – skonkludował, zasapał i zamilkł, i zapadł się w to swoje milczenie do końca wieczoru. Nie rozmawiał z nikim, tylko jego atrakcyjny ząb wydając co chwilę bojowe pomruki, starał się ze zmiennym szczęściem i zdwojoną siłą zwalczać skórki i chrzęści z pieczonego drobiu a organizm wchłaniał w siebie kolejną butelkę. Oblizywał i próbował podskubywać kości i wysysać sos. – Pychota – zamruczał na koniec. – Oj. Żebym miał czym gryźć – szeptał tłuszczem nabłyszczony ząb. – Taka kostka lepsza jak salceson – kończąc zażartował.

         Maniek wyglądał na tyle, ile ludzie nie żyją. Przy czym wiek Mariana stanowił zagadkę nie do rozwikłania. Ewenement na tarczy zegara. Niedorzeczność czasu, który płynął z dala od jego osoby, podczas kiedy on sam obojętnie przemijał swoją własną, niepodległą bruzdą przemijania. Jego wieku można było tylko domniemywać, bo nie sposób – nawet w przybliżeniu – było go określić. Ten przedział czasowy umożliwiał zupełną dowolność debaty nad wiekiem Mariana. Mógł być on zarówno nadinterpretacją jak również mógł być niedoklarowany i to z dużą dozą tolerancji w obu tych przypadkach. Mógł być dobrą lub złą chęcią interpretatora. Pozostawiał obserwatorowi bezgraniczną dowolność w szacowaniu czasu. Pełne pole do jego popisu. Szacowanie wieku  w przypadku Mariana w zasadzie mijało się z celem. Już na samym wstępie czyniło cały taki proces bezcelowym i niewykonalnym, bo zarówno z pobieżnych, jak również dogłębnych analiz wynikała z niego jedna, wielka dupa. Bo za każdym razem wynikało z niego, że Marian jest wieczny. Że jest niezniszczalny. Że jest, co najwyżej, czymś starczopodobnym, z jakiejś takiej starej, skandynawskiej sagi o wiekowych trolach i przepitych gnomach. I ten fakt przemawiał za tezą o biblijnym pochodzeniu Mariana…
         Jego ciało pozbawione mięsiwa i tłuszczu, wisząć na stelarzu patyczastych kości, niepojętym cudem, wciąż trzymało się w nienagannym pionie, a w codziennej pracy budowlańca tryskało energią i wewnętrzną siłą, nieustanną ochotą do dalszego prowadzenia życia, oraz szczerą, niewzruszoną chęcią do akceptowania losu, takim, jakim był. Pokrywały je blizny, przypalanki oraz tatuaże. Na powiekach Mariana można było dostrzec dyskretne kropeczki, które zaświadczały o jego przeszłości. Może to jedynie był zwykły przypadek, że trafił za kraty. W końcu lekko licząc, co drugi skazany, siedzi w ciupie właśnie za niewinność.
         – To nie ludzie – sprytnie tłumaczył się Maniek – stają się przestępni, ale prawo czyni z nich przestępców – i przyznać należy, że było w tym sporo mądrości i ogrom logiki. – Bo gdyby nie prawo – tłumaczył się dalej – nie byłoby przestępstw, brakłoby przestępców a tym samym na świecie zabrakłoby grzechu i być może świat wyglądałby wówczas zupełnie inaczej. A jeśli w tym świecie nie byłoby grzechu, to bardzo być może, nie byłoby również i miejsca dla Boga – dowodził. Tego Boga, który nie był Mańkowi do szczęścia nic a nic potrzebny. – Ludzie sami produkują ofiary i Bóstwa w zależności od bierzących potrzeb – dokończył i zachodzę w głowę, skąd ten dobry człowiek pobierał materiał na swe złote myśli.
         Na jego zapadłym korpusie, który jakby wiecznie chodził na ostrym wydech, zniekształconym tak, jakby ktoś przekłuł futbolową piłkę, znajdowało się spore zbiorowisko dziarganych motywów. Szczególnie dwa serca, niebanalnie przebite czymś w kształcie rowerowej szprychy, zwracały na siebie powszechną uwagę. Przedramiona nosiły ślady samookaleczeń, natomiast na zewnętrznej stronie szczerniałej od żylaków jego lewej łydki, absorbował wzrok, coś jakby sabotaż, dokonany przez samego siebie. Mianowicie, znajdował się tam pruski błękit kiczowatej róży, z motywami mocno przesadzonych kolców, opatrzonej piękną sygnaturą „Mania”. Najwyraźniej była to pamiątka z czasów kiedy Maniek, zachłysnął się poczuciem bezwzględnego piękna, szczęścia i szczerej miłości i zatracił się zapomniawszy o tym czym jest rzeczywistość. Co zdarza się często, gdy w działaniach miłosnych człowiek traci obiektywizm życia a następnie głowę, rozsądek i serce, barek oraz kasę, roztrzaskując się o chybioną inwestycję życia. Natomiast na odwrocie czyli na rewersie Mańka, w okolicach nerek, przemawiała, wykonana piękną kaligrafią odezwa do bliźnich: – „Odpierdolcie się od moich organów” – brzmiał napis na krzyżach.
         To było w przeszłości. Natomiast tu, teraz, w czasie teraźniejszym Marian tracił słuch, co pchało go raczej w ramiona współczesnej techniki, niż w ramiona kobiet. Choć – jak sam zaznaczał – jeszcze by rysował. W  związku z czym posiadał nowej generacji, japoński aparat słuchowy montowany do obojga uszu, bez kórego obejść się w zasadzie nie był w stanie. Maniek mówił niewiele, ale za to z lubością łowił aparatem każde, napotkane słowo. A złowiwszy go zachwycał się, delektował nim. Maniek charczał, że jak sie dorobi, zafunduje sobie implanty do uszu. Równocześnie zaznaczał, że w przypadku gdyby miała mu w życiu powinąć się noga, dostrzegał dobrodziejstwa jakie niosła z sobą sztuka eutanazji…

         Nadchodziły wakacje. Czas letnich urlopów. Maniek niecierpliwie trwał w oczekiwaniu, że będzie mógł  wkrótce udać się do domu. Jeszcze jeden motyw, który co dopiero wyłonił się z życia, uwypuklił na psychice Mańka.
         – No, to w końcu jazda do chałupy – westchnął i następnie pędem zreflektował się w mojej obecności: – Boże! Co ja mówię. Zapędziłem się – powiedział z wysiłkiem. – Do jakiego domu – rzekł. – Baba mnie rzuciła – patrząc na mnie sączył ból przez zęba i uwierzcie mi, że cierpiał tak samo, jak każda wrażliwa istota na świecie, która by znalazła się w tym niekomfortowympołożeniu Mańka. – A na co jej – mówił – taki stary dziad. Znalazła młodszego od siebie pijaka. A mnie wyjebała z chałupy jak śmiecia – pomędrkował, lecz widziałem, że nie było w nim żalu i złości. Jedynie stwierdzenie, że zaistniał w jego życiu jeszcze jeden, obiektywny fakt. Chciał odejść lecz zawrócił i przystąpił do mnie:
         – Wiesz co? – wyznał. Wolałbym ażeby umarła. Wtedy mógłbym wierzyć, że to Bóg jest zły. A tak, mogę mieć jedynie pretensje do ludzi, nie znajdując  przy tym pocieszenia w Bogu.
         I w związku z powyższym, organizm Mariana czuł się w obowiązku stanowczo zapewnić jak i przestrzec wszystkich samców wokół, że baby to chuje…