Wiele mówi się o kobiecej przewrotności
Ale okazuje się, że jest coś takiego jak męska przewrotność
A co tam
A wezmę i też się przewrócę…
Nie skłamię kiedy Ci opowiem
że myśl o tym że istniejesz trwale
aż po krańce mojej świadomości
trzyma mnie przy życiu
Kiedy mam zły dzień
rozpoczynam go od wyobrażenia o Tobie
a potem przedzieram się z trudem przez życie
i kończę ten dzień Twoją fotografią…
Natomiast kiedy mam ten dobry dzień to
rozpoczynam go od Twojej fotografi
Potem biegnę radośnie przez życie
i kończę ten dzień
wyobrażeniem o Tobie…
Ot i męska przewrotność…

…I poczułem irracjonalną potrzebę ostatniej emocji
Okruch Twojej miłości w pozycji na wznak byłby mi potrzebny
Mocny ucisk dłoni na moich pośladkach
i te pocałunki 
niepohamowane
pełne niepokoju
Ułożone w drobne zaognione kąciki policzków
w drodze do… niebytu
Poprzez Ciebie na wskroś
zmysł dotyku pławi się w aromacie grzechu
Zestaw moich zębów niczym układanka z popękanych złudzeń
magicznych pierścieni
Wyszorowany do krwi i do bólu szczoteczką do życia
prezentuje wypełniony półmisek mojego istnienia
Zmęczony ideał płoży się u Twojego boku
Dziąsła ośnieżone płukanką starości zaleconą przez stomatologa
dają złudne poczucie elegancji
w dążeniu ku temu zjawisku pod tytułem Ty
Wydartemu życiu na przekór i w ostatniej chwili
Stan zapalny porusza małżowiny nocy
Wyostrzony w ciemności kontur Twojej twarzy
zmysłem powonienia
nawilża gęstniejące wokół nas powietrze
Czas uchodzi przebiegle
szczelinami niedomkniętych bojażliwie marzeń
Twoja postać
Zanurzona w chronologii czasu
muśnięciem swoim cała w nim obecna
Umyka…
Uśmiechasz się szczerze
Rozświetlony szczebiot źrenic
uzbrojonych w narzędzie optyczne do czytania fikcji
pochyla się nad ekranem życia
niczym nad zwierciadłem oceanu
Faluje…
chce zaprzeczyć stanowczo i z niedowierzaniem o jego istnieniu
Odliczam godziny w których trwasz i jesteś uśpiona
mniemaniem sterylnym o sobie
Spokojna i odosobniona skutecznie od innych
poddajesz się mojej woli
w pościeli…
A jednak…
Twój niepokój
dominuje nade mną
Twoje one w nim te dwie
nieposkromione
piętrzą się takie dumne i wznoszące
przy każdym oddechu
Pełne i rozrzutne na wzdłuż i na wszerz
Macierzyńskie ogrody
Pękate nadwyżki miłości
Dojrzewają ulgą i ceną cierpienia
Mięśnie grzbietu jak splecione warkocze
Napięte różańce pośladków
usztywniają to Twoje zjawisko
Utwierdzają w dystansie do świata i
do uwielbienia mocno całe ono jest mi zakazane
Pobudza mnie w ciszy ułożonej z zapachów i westchnień fantazji
Gotowy do eksplozji życia
Nie!!!…krzyczysz
Powstrzymuję ją
Granice rozsądku wyostrzają Ci zmysły
Trzymają wytrwale je w codziennym trudzie
Na wodzy
Próbują ogarnąć tętno Twego istnienia…
kiedy zlewam się akcentami słońca pomiędzy połówki
A śmierć ładnieje nagle i stanowczo
W bezbożnych ramionach
odbita Twoimi oczami
nabiera kolorów i blasku
Zmierzając wielkimi krokami
jak to ona potrafi
Przedziwna opiekunka losu
Przewodniczka życia
Przejęta i zdumiona tym wszystkim co z daleka widziała
Kipiąca i kpiąca bezradnie z takich którzy
każde z osobna snuje się po kątach
I szydząca z tego że jednak próbują
doznawać oboje
Pozdrawiam Cię zatem Poezją
na tyle
na ile mnie stać
Bo gasnę…
Wraz z nią
Raz jeden
Jedyny
Kolejny i jeszcze na nowo
Tym nieustającym ciągiem myśli moich i pozdrowień
zmierzającym ku nieskończoności
Tym kolejnym skinieniem daremnym
zabójczym i niepożądanym
wszystkich moich zakamarków umysłu i duszy
Tym ostatnim tchnieniem młodości
przemieszczam się w kierunku
daleko od Ciebie
I czuję że tęsknię po ludzku
moja droga Joanno
A serca nie ruszam
bo wiesz sama
że to później boli…

                                                                              Lasieńce