P5231267-1-1-1         No i znów na świecie zrobiło się kasztanowo. Rozsypały się kolczaste skorupy. Połyskujące nasiona kasztanowców, puszczają do mnie swoje lśniące oczka,  spośród rdzawych elementów ściółki. Przypominają mi tym zalotnym spojrzeniem, kasztanowe oczy Maxa, pełne życia i pełne głębokiej miłości, wilgotne z wdzięczności oraz przywiązania. Jego nieobecność uwiera mnie spłyconym oddechem jesieni. Jego zapach skroplił się w resztkach czasu i trwa,  w zsynchronizowanych zakamarkach mózgu. Płonie w nim dyskretne łuczywo pamięci, pierwszy chłód potęguje nieśmiało podszerstek wspomnienia.
         Świat tymczasem sposobi się by umrzeć znów na moich oczach, a zapominalskie wiewiórki robią sobie jaja i zapasy na zimę. Poeci natomiast mają szczere chęci, szereg wątpliwości, nadmiar myśli oraz niepokoju, słowem, pełne ręce roboty. Drzewa wysyłają zmarniałym trawnikom  polecone listy, z których skrzętnie korzystają samotnicy jeże. Ich lektura pochłonie zwierzątka na wiele miesięcy. Świadomość powróci im dopiero wiosną, kiedy oczytani i obryci na blachę, wygrzebią się z zeszłorocznych kartek hibernacji i wyruszą walczyć o swoje samice, gotowi zaczynać wszystko od początku.
         Cierpimy niewymiernie. W takim zwykłym, ludzkim wymiarze cierpienia, jakim można objąć wspomnienie o kochanym psie. I doprawdy nie wiem, które bardziej z nas. Patrycja czy ja? Ona, niesiona przez życie, swoją pierwszą wielką stratą i potrzebą tęsknoty za jego włochatą miłością, ja natomiast próbuję bez złudzeń radzić sobie z tą nieobecnością, bez chęci zapełnienia tej pustki, jakimś innym sposobem myślenia. Związania się z nowym strumieniem istnienia, jakąś naglącą, palącą i przewrotną  potrzebą kochania, która dokonałaby się we mnie na nowo. Po co miałbym powielać ten sam ból, jakimś nowym, szlachetnym uczuciem. Tak jak Panna Misia, która dręczy się wciąż tym samym pytaniem o to, czy zrobiła wszystko by wybawić Maxa z zaistniałej opresji. A może ta opresja, była tylko jego nieleczoną depresją. Przepełnioną psią michą samotności, która zżarła mu nie tylko żołądek i skórę podbrzusza, ale również rozum oraz wierne serce.
         Czas umyka, a mnie niebotycznie ciężko jest zmierzyć się z tematem jego umierania, bo widzę jak świat, w którym żył, ponownie oszalał i płonie wielkimi oczami Patrycji. Widzę jak próbują gasić rozbuchany pożar jej dojrzałe łzy, kiedy w nagłym przypływie czułości i wspomnień, jego fotografią stara się ocalić go od zapomnienia. Przywrócić należne mu miejsce w jej życiu.
         Zamyśliłem się nad tym jego bezsensownym zgonem i krwawię ponownie wraz z nią   dyskretnym pojęciem kochania –  tak jak on krwawił swoim przywiązaniem do niej, kiedy nieświadomie targnął się na życie. Gdy dopuścił się tego zuchwałego czynu, masakrując organizm miksturą do prania, rozlaną na kaflach łazienki, podczas desperackiej próby sforsowania nieopatrznie przez siebie zatrzaśniętych drzwi. Kiedy to psi świat zionął szczerą pustką i nudą, kiedy w domu jeszcze nie było nikogo, kiedy szybkim tępem zbliżały się święta, kiedy była środa, wczesne popołudnie, kiedy zabiegany świat umykał nam właśnie spod spoconych kopyt, a bezmyślny styl życia, toczył pianę z pyska i gnał dziewiętnastym grudnia wszystkich nas przed siebie. Przyginał skutecznie nam karku bałamutny los, tarzając go w żrącej substancji i jego jęzorem, próbując dla głupiego wdania się we flirt ze śmiercią, odczyścić mu futro, zatruwając w ten sposób organizm. By następnie w wigilię Wigilii, swoim nagłym, ostatnim oddechem, mógł poprzedzić przybycie człowieka i wyzionąć swego psiego ducha, wieczorem o ósmej trzydzieści.
         Ale ja, będę niezłomnie pamiętał o Maxiu, aż do wypalenia się mojego świata. Bo ten świat jest mój i po prostu basta, i w nim upatruję sobie nieśmiertelne i dozgonne miejsca. Dla nas obu i dla takich jak my. Bo ujmując w głębokie milczenie to stygnące ciało, po raz pierwszy zachowałem w zaciśniętej garści , plebejski rozsądek i zdrowe proporcje. I dlatego tym bardziej rozpalał mnie gniew niźli kiedykolwiek. Nie czepiałem się więcej rozpaczą historii Łazarza, bo nie miałem już złudzeń, tak jak miało to miejsce w przypadku Jerzego, który również nagle i bezpardonowo wykręcił się życiu na spoconej pięcie, rezygnując bezwolnie z obecności żony, z trójką dzieci u swojego boku, niecałe pół roku przed masakrą Maxa. W męskiej sile i w bezsile wieku, nieprzewidywalnym, swym ostatnim tchnieniem, też przemieścił się na tę drugą, nie do końca dla mnie oczywistą stronę. I nie mam zamiaru ani szczerych chęci, aby ten przypadek traktować ulgowo, utożsamiać z jakąś niepojętą konsekwencją życia, która w moim mistycznym pojęciu jest kosmiczną bzdurą ohydą mądrości, anarchią losu, która w mojej pale nie chce się pomieścić…          

         Hrabia Maximilian V-Max de Buldog. Owczarek belgijski Malinois, wygenerowany osiemnastego lutego, dwa tysiące czwartego roku w Les Etileux, nieopodal Nogent le Rotrou, w departamencie dwudziestym ósmym – Eure et Loir – w posiadłości La Piauderie, w rodzinnej hodowli Les Iles Fidji, prowadzonej przez państwo Dugue, leżącej sto pięćdziesiąt cztery kilometry na południowy zachód od miasta Paryża. Syn flamandzkiego szlachcica o imieniu Rubis i francuskiej arystokratki o imieniu Spice. Zmarł śmiercią – jak każda – tragiczną, w dziewiątym roku pobytu na błękitnej planecie, oddając się z żalem w opiekuńcze kończyny Świętego Franciszka i obecnie zamiast bujać w obłokach, pławi się w idei kosmicznego braterstwa z wszelkim elementem stworzenia. Nie powstały z martwych pomimo usilnych prób pojednania go z życiem i reanimacji, podjętej w piątym dniu pobytu na detoxie. Zmarł po długich i ciężkich cierpieniach, w jednym z „ekskluzywnych” lokali medycznych Paryża nieopodal placu Charles’a de Gaulle’a z widokiem na Triumfalny Łuk.
         Dzień i miesiąc urodzin tego nieodżałowanego przyjaciela o oczach poety, jest zbieżny z datą, którą miałem niewątpliwą przyjemność adorować swym miłosnym talentem przed wieloma laty. Sposobem naiwnym, bowiem platonicznym, poświęcając jej spory kawał ze swojego emocjonalnego życia, a jej uśmiech, który śni mi się po nocach, przechowuję w pamięci z dobrym skutkiem – niczym skarb – do dziś. No cóż… Nieskonsumowana miłość i ludzka głupota potrafią skojarzyć się w najmniej spodziewanych momentach. Nieprawdaż?
         Max opuścił nas wytarzany w płynie a powrócił w proszku. Ja mam jednak niejasne wrażenie, że ktoś leci sobie z Maxem w kulki, że to jest granulat a nie żadne prochy. W tym oczyszczającym go poczuciu fałszu, utwierdzają mnie odgłosy dochodzące z metalowej puchy, w którą Maxfel szczelnie jest opakowany. Jakby wewnątrz niej, robactwo toczyło metalowe kuleczki. I tu informacja – uzupełniająco zwrotna – dla Świętego Franciszka, że jeżeli rozchodzi się o egzemplarz Maxa, to obowiązuje zasada, że z kulek powstałeś, w kulki się przemienisz. Skremowany trzeciego dnia stycznia kolejnego roku, siódmego w poniedziałek wieczorem był ponownie z nami. Wielka Niedźwiedzica wymościła mu kameralne miejsce na półce w salonie. Patrycja podtyka mu kwiaty i gałązki krzewów, kolorowe liście i łabędzie pióra znalezione na wspólnej przechadzce po  Bois de Boulogne, gdzie miał  swoje ulubione miejsca na spacery.
         Póki co pozostanie z nami. Aż do czasu, kiedy pierwsze z nas nie odwali kity i nie weźmie go z sobą do lepszego nieba. Taki mamy plan na stare lata. Niech rozgarnie w podróży lepki mrok, strzygąc w nim odważnie wspaniałymi uszami, w tej drodze na oślep od nikąd do nikąd, pomerdując płomiennym ogonem i zawodząc bluesa. I tu zbieżność dat ponownie wyłania się z psiego życiorysu. Mianowicie dzień i miesiąc kremacji zbiegł się z niefortunną datą nagłej śmierci człowieka z którym łączą mnie najmocniejsze  więzy. Węzły krwi. I teraz z kolei to ja, pomerduję przełamanym tonem. Pomerduję od słowa „la merde” – co oznacza „gówno” Ale to już inna, niebanalna historia żywcem wzięta z mego życiorysu, która jakoś nie chce się wygoić…