I ten wiatr, co porusza korzeniami drzew.
Płoszy.
Tuż za oknem konarami szaleńczo telepie.
Przeraża.
I te liście, co łopoczą bezimienne.
Bezkompromisowe.
Pajęcza jedwabistość powietrza.
Przejrzystość dręczona perspektywą zasnucia.
Zachmurzone obietnice ciekną rynną zmierzchu.
Ich klęska skłania się ku drgawkom Parkinsona.
Parasole fruwają do góry nogami.
Jesień w śpiochach,
wyzwolona nieporadnym różem,
turla się dzieciństwem,
w przemęczonej jej istotą, topniejącej zieleni.
A liście, tańcząc zajebiście,
opierają się złośliwości wiatru.
Ostrogi chryzantem,
przewrotnie oponują złotem,
ubliżając istnieniu.
Przeklinając je wizją nicości,
zmieniają jednoznacznie porę kolejnego roku.
A tuż spoza niej,
wynika własną świadomością czasu,
głód martwej natury
i pierwsze przypomnienia o zmarłych.
Niebawem przymrozki będą kłuły żywych w oczy.
A oni snując się po kątach, końcem zimy,
odsuną tę myśl raz jeszcze, do przyszłego roku.
Świat zaś,
cały ten metaboliczny, schłodzony organizm,
przybierze wygodną,
szarą barwę człowieka wierzącego w cuda…
Dwaj pijacy…
Ekskrement istnienia…
z koniecznością losu, biorą się pod ręce,
oddalą nas od siebie raz jeszcze, do przyszłych wakacji.
Symbol cierpienia,
zleje się tymczasem…
w bezpańskie milczenie.
Bezgraniczna udręka dominuje nad stadem.
Nudą pada przeznaczenie…
Ziemia…
początek wszystkiego, zapada się pod własnym ciężarem
Upada na pysk,
wygłodniałe słowo żywcem pochodzące z reklamy…
Mary Poppins ląduje przed domem…