W zapachu jesieni

Wyczułem w jesiennym powietrzu smutek twego serca.
Sporą dawkę złości i jeszcze, chwilowy niepokój.
Zniechęcenie i zrezygnowanie.

Lubię myśleć o tobie
tym bezwstydnym zmęczeniem człowieka,
który zna samotność.
Chwytać, twoje zapachy idące z powietrza
i wieść je myślami przed słońce poranka;
wprost na pokuszenie.

Po to, by utulić
twoje złe wspomnienia o życiu.

I lubiłbym patrzeć, kiedy robisz siku;
przymrużywszy zaspane powieki.
I jak gładzisz przed lustrem rozgrzane policzki;
kończącą się nocą.

Na dzień dobry, czochrałbym ci włosy.
I zaczepnie całował cię w ucho;
osikaną taką.

I dogłębnie zaglądał ci w oczy;
oddechem wtulając się w usta.

– Wiesz?
Bardzo dawno temu – jeszcze jako młokos –
podglądnąłem sarnę,
gdy zmęczona, bez wiary i tchu zjadała łożysko.*

Ten obraz utrwalił się w mojej pamięci a dzisiaj,
posiadam bezsprzeczną świadomość,
że patrzyła na mnie twoimi oczami –

A ja;
jak to ja.

Byłbym tobie; taki nieposłuszny.

Lubiłbym spoglądać na wodę płynącą z prysznica
i ciebie,
cieknącą ukradkiem strumyczkami życia;
w jaskrawej poświacie czerwieni,
rozpuszczonej w wodzie.

I poczuć bym lubił,
ten podział na ciebie i mnie.

Ja;
rozkojarzony, napalony cały;
myślami włochaty
po tej jednej

i ty;
drżąca;
schowana we własnych ramionach;
twoje skarby zamknięte udami,
po tej drugiej stronie.

I kochałbym ciebie niespiesznie;
ale bez umiaru.
Wielkim haustem powietrza;
bezgraniczną siłą przyciagania się ludzi.

A dlaczego nie?

I przepraszałbym za to, że jestem świntuchem;
gdy krzyczałabyś o mnie,
że jestem wariatem i rozpustnym głupkiem.

I kochałbym ciebie;
z pupą w majtkach i z pupą bez majtek.
W domu
i w ogrodzie; opartą o białą ławeczkę.
W sadzie; otuloną szalem ulepionym z mgły;
przylgniętą do drzewa;
pachnącą w jesiennej rozkoszy,
opadłymi liśćmi i minionym latem.
Rosą.
Wilgotną przestrzenią powietrza.
Cytrynową odrobinką moczu.

I lubiłbym wiedzieć, jak nie gniewasz się na mnie;
za bzdury i wszystkie wygłupy.
I za to, że przecież nie jestem prawdziwym facetem.

Znosiłbym ci do stóp,
zapisane kawałki papieru;
pełne gupot, poprawek i skreśleń.

A ty;
jak to ty.

Śmiałabyś się do mnie;
do łez; szczęśliwie i czule,
i czułbym, że jestem tym śmiechem
spełniony na zawsze.

Podczas, kiedy ty; ze skrawków zmiętego papieru,
składałabyś życie jak wiersze.

Przecież w nich jest wszystko;
potrzebne do życia.

Jest wszystko,
prócz ciebie i mnie.

I lubiłbym ciebie zarówno parzystą – to znaczy, tę w związku –
i tę nieparzystą – bez związków z przeszłością.
Każdą bym cię kochał.
Każdą bym cię chciał.

I w chorobie;
zbolałą;
przykutej do łóżka
opowiadał bajki.

Aż w końcu,
świadomie wypełniłbym czas.

Zmarszczkami się targnął na życie.

 

Kiedy przyjaźń przemienia się w miłość;

śmierć nadaje jej status wieczności.

 

 

* gdy powije, pożera łożysko,
aby zapach krwi nie zwabił drapieżców.

 

 

Reklamy