Szczur III

…Wraz z nimi opada Deszcz Róż; dar Małej Teresy z Lisieux, kiedy światło życia powraca do ludzi wielkimi susami w iście cudny, w przenikalny sposób. I to był mój pewnik i jej nieśmiertelnik, pośrednik co trzymał zawzięcie Eleo przy życiu.

Imię otrzymałem raz dwa, w tak zwanego trymiga; metodą nachalną oraz subiektywną , tak apodyktyczną, że ten fakt nadania mojego imienia był bez szans na opcje zamienne. Zwalił się jak rozbłysk z ponurego nieba, eksplodował jak ludzkie nieszczęście, zdefiniował się w sposób tak zniewalający, że świat wokół przyklęknął na moment przed moim obliczem, jakby nie mógł się obejść bez całego mnie, w śmiercią naznaczonym tym imieniem świecie. A wszystko z powodu narodzin jednego człowieka; po to, by oślepić bolesne wspomnienia o przebrzmiałym życiu, by zadawać na nowo te same pytania ” dla kogo to wszystko ? „, „ku czemu ?” i raz jeszcze ” po co? „. Tak jakby zew światła podbity błękitem i jasność ludzkiego umysłu; wydobyci płaczem z mogilnej waginy sprzeczności; zdeterminowani bezwzględną potrzebą istnienia, nie mogli się przebić bez mojej natury na bezkształtny świat; tak jakby ten nowy, rodzący się świt, nie umiał zwariować bez mego udziału, jakby w jednej wrzeszczącej i przewrotnej chwili miał pozostać obcym, bezimiennie zapomnianym świtem, znieczulonym na tę napastliwą pamięć o tragicznie zmarłym bracie mego ojca, którym właśnie na nowo stawałem się ja.
W dziewiętnastym roku swojego istnienia; porażony przemysłowym prądem, udławił się własnym językiem. Bynajmniej nie tyle za sprawą wielkiego napięcia, co z bardziej banalnych powodów i przyziemnych błędów obsługi karetki, która zamiast udrożnić mu przełyk, z niejasnych przesłanek tamponem zatkała mu usta. Dłońmi młodej kobiety życie zaprzeczyło procesowi życia i w ten oto dramatyczny; ale jakże dla mnie kreatywny sposób, los mojego imienia stał się przesądzony; przypieczętowany tymże wydarzeniem, niepełną dekadę przed moim przybyciem na świat. Zwiesił się nad dziką, podkarpacką ziemią, śmiertelną opończą bożego zrządzenia czy ślepego – jak kto woli – losu.
Moja babcia nie licząc się z nikim, nie zważając na nic, mając w poważaniu protesty jak i zastrzeżenia, obarczyła mnie moim imieniem upatrując we mnie straconego syna. A zatem rodziłem się wczesnym porankiem i zimową porą, darłem jape w trzaskający za oknami mróz, zmartwychwstając tym samym w oczach mojej babci. Znów dźwigałem się nad horyzont czasu, z niebytu wschodziłem w oczywisty byt, powstawałem z martwych by ukoić ból, zaprowadzić ład w zrozpaczonym sercu umęczonej tragicznym zdarzeniem kobiety.
Pojmowałem ją. Wczuwałem w jej sposób cierpienia i pamiętam ten proces narodzin w szczegółach do dziś. Mój wrzask, paniczny krzyk matki, lamęt umęczonych penisami, współrodzących niewiast, splendor potu i moczu, bełt śluzu i krwi, kał sączący się ciurem z umęczonej dupy i popierdy zgromadzonych dam – wszyscy oni dystansują mnie w sposób stanowczy od tego spektaklu. Przede mną jawiła się mętna materia sztywnego falusa i odwieczna postać człowieka osadzona w perspektywie płonącego czasu, wybijał atawizm syndromu siusiaka zdobywcy z przypisanym błędem i pienił się motyw przewodni porodowej akcji. Sperma urobiona w białe światło życia i strach jako pierwsza namiastka istnienia, utkwiona w kolebce błękitu, w bezkresie obłędu i w potędze przyszłej, bezsensownej śmierci.
Pozorem zachwytu, scalałem kolejnym ogniwem ludzkiego łańcucha ciąg życia i konieczność zdarzeń. Zbędną pępowiną domykałem na zawsze waginalne drzwi. Przede mną piętrzała się ściana z brutalnej światłości i boleśnie oślepiała mnie. Po bokach ciągnęły wyniosłe konkluzje ułożone z mrocznych dywagacji, z niespożytych głębi, z niedomówień, z pospolitych błędów, z mojego imago jętki jednodniówki, spółkującej masowo bez opamiętania, zdolnej do rozpłodu tych tworów rozdzielnopłciowych – choć zdarzają się przecież te irytujące; ich ostentacyjne formy hermafrodytyczne czyli samojebne. Larwy osobników o ciałach podobnych dorosłym owadom wydzierały się na mnie z sąsiednich stanowisk, garnąc się prostacko ku nowemu życiu. Z ich zbiorowej dupy emanował jednostajny smród. Posiadały już oczy, zawistne i chciwe, jak również ruchliwie szpiegowskie, niby to przyocza. Nasadzone na tępe ciemiona umysłów zaburzały formą swojej egzystencji moją koncentrację w porodowej izbie, jak również poczucie swobody i niezależności w ich przyszłym działaniu na co dzień. Otwory gębowe z wykształconym silnie twarzowym narządem kąsającym współbraci – przeważnie po kostkach – obnażały w bezzębnym grymasie uśmiechu obrzydliwe dziąsła, szukające w swym życiu pierwszego dotyku, czyli w swym cynicznym dążenu ku brzegom koryta, podkreślały bezwzględne potrzeby ludzkiego wańciocha. Narzucały się oczom rozrzucone nogasy, mające u samic różny kształt i długość, zwieńczoną pierwszoklaśną ich dziewiczą pochwą. Obiekt pożądania budzający jak zwykle niezdrowe emocje nie tylko u samców, lecz również i zazdrosnych, demonicznych i zawistnych samic.
Pogrążony w tej efemerycznej konieczności bycia, spółkowałem w tej świadomej sesji z nieświadomym tłumem, brałem skrzętnie udział w ekstazie rozmnażania się, starając się przy tym nad wszelką wątpliwość; ponad wszelką cenę odrzegnać skutecznie od zachowań masy, aby nie tumanić już na samym wstępie swojego rozumu. Zdałem sobie sprawę, że ten okres życia w masie ludzkiej larwy trwa zazwyczaj niewspółmiernie długo w stosunku do życia dorosłych owadów, a kiedy wybudza się w końcu ze swego letargu, czas na przemyślenia, zaoferowany dojrzałej postaci bywa zwykle niebywale krótki. Przy tym osobniki nad wyraz dojrzałe, te ponadprzeciętne i ponadczasowe, moralnie skuteczne, charakteryzują się niezwykle delikatną budową wrażliwego ciała i osobowości, myślą jasną, przejrzystą, dogłębną, częstokroć rumianą i targaną wstydem co odróżnia je wszystkie dobitnie od chamstwa, pospólstwa i stęchłego plebsu narażając na przedwczesny, nietypowy zgon; gremialny gniew typu ” I dobrze. No, i szlag go trafił”. Głowę posiadają niezwykle ruchliwą z oczami bystrymi o znamionach pierwszego obłędu i obrzęku mózgu. Narządy gębowe bywają z reguły skrajnie uwstecznione, przewód pokarmowy u samców wypełniony jedynie powietrzem zaś u samic przede wszystkim spermą. Skrzydła mocno bywają częstokroć podcięte, a kończyny cienkie łamliwe i zazwyczaj kruche. Ale za to na końcu odwłoka wyrastają pokaźne, wabiące szczeciny; częstokroć bujniejsze u silniejszych i zaradnych samic, kuszą ku uciesze swoim gibkim spojrzeniem anioła kosmaka. Szczeciny dobranych jednostek imago uwięzionych w doskonałej skorupie ich krótkiego życia, zdolne kopulować w tymże to przypadku, jako „zakochana” para robotniczo chłopska o organach płciowych rozmiarów klasycznych, kłótliwej naturze i przeciętnej słowiańskiej urodzie, która mocą instynktu gremialnego przetrwania ludzkości, popchnięta w kierunku kreacji kolejnych pokoleń, z dobrym skutkiem wygenerowała mnie nieco przedwcześnie, bo przedmałżeńsko, na iskrzącym styku dwóch mentalnie obcych sobie kultur. Teutońskiej po jednej i słowiańskiej po tej drugiej stronie.

cdn.