Szczur V

… i w jednej sekundzie poczułem się tak, jakbym właśnie połknął wszystkie kłaki z pizdy Pramatki Narodów, przepuszczone uprzednio przez maszynkę do mielenia mięsa. Przeżuwając co rusz i co każdy krok to samo pytanie: – jak dotoczyć się mam, jak dowieść skutecznie swój bolesny korpus pod te mury Boże, pod które zmierzałem by wylewać żale, prośby gorzkie ratując Eleo.

Autostrady nie dają nadziei spojrzeniu na życie. W zamian za to, na niepewną przyszłość oferują śmiecionośne wzorce, bo poczucie przemieszczania się w pozornym komforcie istnienia, na nic nie znaczących odcinkach serialu jakim bywa samotność. Dają tylko niejasne powody do niespójnych refleksji pozbawionych rzeczywistych skutków. Może właśnie dlatego, nie ma na nich miejsca na autonomicznie pojmowany wszechświat, ani wiele czasu na doczesny realizm, i nie tyle na istotne cele, co na celne wspomnienia budowane z istotnej przeszłości. Autostrady posyłając ambitnie lud we współczesną przestrzeń, z nadmierną prędkością pochłaniają nonszalancko życie, doginając mu karku na stacjach z paliwem. Eksplodują w tych miejscach postoju wzmożonym przymusem i wciskaniem mu kitu; w postaci mizernych parówek, podgrzewanych na ślimaczym ruszcie, któremu bezmyślnie przygląda się; tkwiąc karnie w ogonku, skołowany „azwald”. Skrępowana istota ludzkości. Omamiona substancja i jej popęd po omacku skierowany w nicość, który za nic ma ludzką jednostkę, jej szlachetne znaczenie, pojedynczą chwilę i pierwotną refleksję człowieka nad śmiercią i życiem. Obrzydliwie nijaki jej stan, jej pośpiech przeczący wolności, wszechobecny pozór; napędzają miażdżąco ten świat, nie mając nic w sobie z zawrotnych prędkości, nic z porywów szaleńczego wiatru, który swoim swawolnym dotykiem gasi ból naszego istnienia hulając we włosach, dając czułą radość z obserwacji codziennego życia. Jest jedynie ten dotkliwy pęd. Pęd i raz jeszcze przeraźliwy pęd, pęd ponad wszystko, popęd ku złudzeniu, które nas osacza i odbiera nam instynkt kochania; jak również pierwotną wrażliwość człowieka na konkretne życie, scalając skarlały ideał miłości w niespójny i bezmyślny zlep gnających przed siebie anonimów ziemskiego plemienia, napędzanych idiotycznie spermą. Autostrada nie posiada w tym, ani w żadnym innym postrzegalnym kontekście; wyjątkowych znaczeń. Narzuca jedynie masowe złudzenia w postaci drogowych wskaźników na przyszłość i znaków w utartych kolorach przekazu. Formami nakazu i konstrukcją dźwiękochłonnych zapór, przesłania nam pejzaż i oblicze świata, w debilny i w nadęty sposób narzuca nam tępo istnienia, jedyny i słuszny jej zdaniem nasz człowieczy los, stan ludzkiego skupienia, w którym zamiast sensu i zamiast logiki, są suche konkrety, maniery i zapobiegliwość skierowana gorliwie w bezimienne jutro. Ten pośpiech zabija łaknienie na zdrowe jednostki, na mięsiwo pozbawione psychicznego tłuszczu, ułożone na prawdziwym ruszcie codziennych relacji człowieka z człowiekiem, scalając w beznamiętnym kłębie samouwielbienia , pędzące do nikąd, obudowy z wędzonego generyczną propagandą mięsa, w kosmetycznie upiększanej skórze pozbawionej barw, walorów i odcieni duszy. Obłąkańczy ten nadęty trend wyznacza nie cele kolejnych podróży, lecz wyraża jedynie stosunek stłoczonych pojazdów do liczby pędzących mieszkańców planety, którzy prąc zawzięcie poprzez swoje niezrównoważone bycie, nie dokumentują swym celem istnienia niczego. 

I dlatego właśnie podążałem pod jej święte mury rozwięźle, sposobem na przekór, motywem w brew kwesti istnienia i wspak, stonowanym, refleksyjnym  tępem mojego myślenia o Bogu na wskroś, swobodą rozumu zmierzałem na przestrzał człowieka godnego powagi bijącej od bożego świata. Przemykałem poprzez żyzne pola, lasy i rozłogi. Wtapiałem w rostaje i w łany swój los, w puste zagajniki, wsie i małe miasteczka. Przemijałem przydrożne kaplice, oddawałem mocz obok świętych krzyży. Mknąłem przez połacie rozległego kraju, pozdrawiając wolne, ptasie plamy na błękicie nieba. Toczyłem zawzięcie sterany koloryt człowieka, słowami piosenki zbliżałem się do Niej właśnie – wstęgą szos, miedzą pól złoconych, krętą ścieżką poprzez szumny las – niosąc prośby i swoje bajeczne wyzwania, i swoją nadzieję, dając w zamian niespożyte „ja” oraz przeświadczenie o szczęśliwej przyszłości drugiego człowieka. I czułem się tak, jak bywało mi nieraz w podróży, czyli byłem takim nikim zagubionym w roli i w kolejnej przechadzce po czasie, czułem się jak kurwa, że wciąż jestem sam, bo choć żyłem tym niezbitym faktem i wytrwałym talentem mojego istnienia, to egzystowałem na przeciwko wielu nieznanych mi osób i im wszystkim chciałem znów coś z siebie dać w zamian za to drugie, gasnące istnienie człowieka, które było przede mną. Tym razem swój niesforny los wiązałem świadomie z istnieniem Eleo, z imieniem nieznanej mi dotąd istoty, o której cierpieniu nie miałbym pojęcia – gdyby właśnie nie Lena, której przyjaźń uczuliła mnie na nieznany mi los. Postrzegałem jej postać. Chłonąłem nieznaną mi przeszłość kobiety, która chciała żyć i bez skrępowania zbliżałem się do niej, i leżąc swoimi myślami na wznak, jak Dyzio na łące zapatrzony w niebo przenikałem go po to, aby ona nadal mogła żyć, aby przyszłość Eleo światłem życia, bezsprzecznie należała do niej.                                                                                                                                                                                                               Jednocześnie, zawzięcie marzyłem o Lenie i bynajmniej nie o jej okolicach bikini ale porywała mnie twarz i wymowne jej oczy, w których czułym blaskiem odbijał się ogrom i samotność duszy wielkimi falami płynące od Boga. Stwórcy, który przecież był niegdyś kobietą i pragnąłem aby dobry Bóg w swej czystej postaci, w oczywisty sposób uwolnił w niej moje nasienie.

cdn.